Wergilia
Minęły dwa miesiące od dnia, w którym wilkołak zaatakował Doriana. Został tydzień do nowego roku szkolnego. Nie mogę się doczekać nowej szkoły ale jednocześnie się martwię. Dorian odzyskał swoją zwykłą pewność swojej wyższości, kiedy tylko rany się zagoiły. Wtedy też potwierdziło się, że klątwa na niego nie przeszła. A ja spokojnie mogłam wrócić do swojej strefy komfortu. Niełatwo być siostrą Doriana Niemira, a jeszcze trudniej być jego siostrą "bliźniaczką". To, że dzieli nas dziesięć miesięcy różnicy nie zmienia faktu, że ludzie postrzegają nas jako bliźnięta. Może to wina naszej niemalże identycznej aparycji?
Rodzice mieli coś do zrobienia, jak zwykle, więc dali nam pieniądze na szkolne zakupy i odesłali na Zaczarowane Rozdroża. To miejsce ma w sobie coś niezwykłego. Pełno tutaj kolorowych namiotów, jak na jakimś mugolskim targowisku, a każdy barwniejszy od pozostałych. Z zewnątrz wyglądają na drobne i ciasne, ale jedynie prawdziwi mugole daliby się na to nabrać.
Dorian trzyma dłoń na moim nadgarstku i prowadzi mnie do złoto-czarnego namiotu, którego szyldem jest najnowszy model miotły wyścigowej, Gwiezdna Kometa. Lubię latać na miotle, czuć ten dreszcz podniecenia, kiedy człowiek oddala się od powierzchni ziemi. Wtedy mogę być naprawdę sobą, nie muszę nikogo udawać, z nikim nie muszę się liczyć. Mam nadzieję, że zostanę przyjęta do drużyny Quidditcha, jak w poprzedniej szkole. Oczywiście jako ścigająca, bo szukającym powinien być Dorian z jego refleksem i chłodną obojętnością. Mnie zwykle ponoszą emocje, podczas gdy mój brat jest bardziej opanowany. Ojciec twierdzi, że to wina tego, że jestem dziewczyną. Jego zdaniem nie potrafimy zbyt wiele poza histeryzowaniem.
Siwobrody czarodziej, Eustachy Bogucki, który w młodzieńczych latach był jednym z najlepszych szukających na świecie, wita nas z uśmiechem.
- Coś się spodziewałem, że was tutaj spotkam - oznajmia, mrużąc oczy.
Staram się nie patrzeć na jego sztuczną, drewnianą nogę. To był straszny wypadek, jeden z tragiczniejszych w historii polskiego Quidditcha. Szczęśliwie skończyło się tylko amputacją nogi, ale kariera Eustachego się skończyła, a świat o nim zapomniał.
- Ojciec nie pozwoliłby latać nam w nowej szkole na zeszłorocznym modelu - oznajmia Dorian z lekką wyższością.
Prawidłowo, niech ludzie sobie nie myślą, że są nam równi.
- Tak właśnie pomyślałem i przygotowałem już dla was dwa egzemplarze. - Mężczyzna odwraca się, stukając drewnem o posadzkę.
Spoglądam w dół na kafelki, czarne ozdobione złotymi zniczami, każdy wygląda inaczej. Dorian ściska mój nadgarstek. Podnoszę na niego wzrok. Blizny ostro odcinają się od jego bladej skóry. Uśmiecha się lekko złośliwie z tą pewnością siebie, której trochę mu zazdroszczę.
- Uśmiechnij się - prosi. - Będziesz gwiazdą nowej szkoły. Każdy chce przyjaźnić się z kimś takim jak my.
Posyłam mu szczery uśmiech, chociaż wiem, że tak nie będzie. Bycie gwiazdą jest dla niego, nie dla mnie. Ale wiem też, że mój brat nie da mnie skrzywdzić, a dobrze mieć kogoś takiego.
- Proszę bardzo. - Wraca Eustachy i podaje nam dwie zapakowane, nowiutkie miotły.
Dorian płaci trochę więcej, aby podkreślić wyższość naszego rodu. Możemy sobie przecież na to pozwolić. Wychodzimy i rozdzielamy się. Ja udaje się do namiotu księgarnianego, gdzie mam zamiar kupić zestaw ksiąg według listy, zarówno dla siebie, jak i dla Doriana. Mój brat natomiast udaje się, aby zdobyć składniki niezbędne na moje lekcje eliksirów, bo Dorian nie wybrał tego fakultetu. Wchodzę do namiotu, którego ściany ciasno pokryte są drobnym drukiem. Tekst zmienia się co kilkanaście minut. Środek jest przestronny, wyłożony dębowym drewnem. Wszędzie pełno półek, które aż uginają się pod ciężarem ksiąg. Wciągam do płuc ten charakterystyczny zapach i ruszam w poszukiwaniu podręczników. Zza jednej z półek wychodzi dwoje braci, a jeden trąca mnie łokciem. Bracia Dębińscy, zdrajcy krwi lubujący się w towarzystwie szlam i… zapewne mugoli.
- Uważaj, kogo dotykasz. Dotykanie lepszych od siebie nie sprawi, że ty też taki się staniesz – rzucam chłodno.
Racibor, starszy ode mnie o dwa lata, ten, który mnie trącił, odwraca się. Jasnobrązowe włosy jak zwykle ma w nieładzie. Na moje nieszczęście przez rok uczęszczał z bratem do mojej szkoły pierwszego stopnia, nim zrozumieli, że to nie miejsce dla takich śmieci jak oni. Racibor uśmiecha się złośliwie i odchodzi bez słowa. Jego brat, Gniewomir, rok starszy ode mnie, nie ma na tyle samozaparcia.
- Masz racje, jeszcze zarazimy się czymś okropnym... jak zbyt wielkim mniemaniem o sobie – odpowiada.
- Raczej inteligencją, ale dla was nie ma już ratunku. - Ton mojego głosu jest lodowaty.
Nie pozwolę, aby taki śmieć chociażby myślał, że może się do mnie zwracać w taki sposób. Takie wybryki natury, które nie szanują swojej krwi, swojego pochodzenia, powinno się izolować.
Gniewomir uśmiecha się lekko złośliwie i odchodzi bez słowa. Co za…
- Tutaj jesteś. - Dorian łapie mnie za łokieć. - Od początku wiedziałem, że jak pozwolę ci iść do księgarni to nie przyjdziesz o umówionej porze. - Mój brat wywraca oczami.
Ojciec mawia, że to kolejna przywara charakterystyczna dla kobiet, nigdy nie jesteśmy w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Może to niewdzięczne, w końcu wszystko co mam, jest zasługą ojca, ale cieszę się, że nie ma go teraz z nami. Płacimy za książki i wychodzimy z namiotu. Widzę stąd sklep, w którym w wieku jedenastu lat kupiłam różdżkę. Ojciec nie chciał słyszeć o tym, że mielibyśmy je kupić w namiocie prowadzonym przez jego brata. Byłego brata dla ścisłości. Miłobor Niemira został wykluczony z rodu, kiedy wyszedł na jaw jego krótki romans z mugolaczką. Obrzydliwa praktyka nie pozostała bez kary. Dlatego właśnie kupiliśmy z Dorianem różdżki w objazdowym sklepie jakiegoś rosyjskiego czarodzieja. Właśnie dlatego trafiłam na taki nietypowy rdzeń jak włos z ogona testrala.
Sława
Rozpoczęcie roku szkolnego zbliża się wielkimi krokami. Ja jednak wiem, że to nie będzie to samo. Już teraz tęsknię za poprzednią szkołą – za przyjaciółmi, nauczycielami, nawet za okropnie trudnymi testami.
Że też mój tata musiał dostać ofertę pracy w Polskim Ministerstwie Magii. Wiem, że stąd pochodzi, ale czy mama nie mogła go jakoś namówić do pozostania? Całe to „poznawanie korzeni” mnie nie przekonywało. I tak byłam dwujęzycznym dzieckiem, tata dbał o to, by w domu mówiło się i po polsku, i po angielsku. Ale to w Londynie był mój dom, nie tutaj.
- Sława, masz listę? - Mama uśmiecha się do mnie łagodnie. Sposób, w jaki wymawia moje imię jest uroczy. Polskie głoski sprawiają jej trudność i zawsze lekko przeciąga „ł”, starając się wypowiedzieć je dokładnie.
Potakuję i raz jeszcze przenoszę wzrok na kawałek pergaminu. Lista podręczników i niezbędnego wyposażenia wydaje się niewiele różnić o tej, jaką otrzymywałam co roku w poprzedniej szkole. Zdaje się, że zakres materiału nie będzie odmienny od tego, czego uczyć się będą moi przyjaciele w Anglii. Jedyną znaczącą różnicą jest to, że w Polsce w szkole drugiego stopnia uczono czarnoksięstwa, a przedmioty nosiły jakieś dziwne, wydumane nazwy.
Wzdrygam się na samą myśl, że ktoś mógłby chcieć uczyć się takich okropnych rzeczy. Czarna magia to coś strasznego i czyni wiele zła na świecie. Moja mama widziała to na własne oczy…
- Wszystko w porządku, kochanie? - Tata wyrywa mnie z zamyślenia. - Musimy już iść.
- Wiem, po prostu się zamyśliłam, tato – odpowiadam. - Załatwmy to szybko.
- Jedźcie sami, ja zostanę i popracuję nieco nad klimatem naszego nowego domu. - Mama uśmiecha się ciepło i rzuca tacie porozumiewawcze spojrzenie.
Podchodzę z tatą do kominka, który jeszcze jest nieco zakurzony, ale zapewne za sprawą mamy już wkrótce odzyska pełną świetność. Tata jednym ruchem różdżki zapala ogień, a ja biorę garść proszku do ręki.
- Polecimy razem. To w końcu twój pierwszy raz. - Tata powstrzymuje mnie gestem, sam również sięga do misy po Proszek Fiuu - czy też, jak nazywano to tutaj – Proszek Fruu, łapie mnie za rękę i wchodzi ze mną do kominka.
To również coś innego, niż to, co znam. W Anglii tylko kominki były podłączone do sieci Fiuu. Tutaj można było podróżować między dowolnymi paleniskami, więc za jednym razem mogło lecieć kilka osób, jeśli tylko użyto odpowiednią ilość proszku.
Jeśli było go za mało… cóż. Nie chcecie wiedzieć.
- Na Zaczarowane Rozdroża! - woła tata i jednocześnie wypuszczamy garść proszku z ręki.
Co to w ogóle za miejsce? Już tęsknię za starą, dobrą Pokątną…
Zielony płomień wypluwa nas na otwartej przestrzeni, mrużę więc oczy, nim te przyzwyczajają się do światła letniego, słonecznego popołudnia. Tata pomaga otrzepać mi szatę, a ja rozglądam się po okolicy, gdy wychodzimy z ogromnego paleniska o średnicy kilku metrów (swoją drogą, system metryczny też jest do bani). Znajduje się ono centralnie pomiędzy licznymi wielobarwnymi namiotami, a nieopodal widać dwie szerokie krzyżujące się drogi. Dookoła nie widać nic poza polami i łagodnymi pagórkami.
Totalne odludzie. Wiedziałam, że miejsce, do którego się przeprowadzamy to wiocha, ale nie sądziłam, że aż taka.
- Dawno mnie tutaj nie było. - Tata uśmiecha się nostalgicznie i obejmuje mnie ramieniem. - Chodź, Sławo, pokażę ci wszystko. Daj listę, uwiniemy się szybko z zakupami i jak starczy nam czasu pójdziemy jeszcze na gofry… Mam nadzieję, że nie pozmieniało się tutaj zbyt wiele od mojej ostatniej wizyty i stary Henryk sprzedaje je jeszcze przy namiocie Miłobora…
Potakuję, starając się wyglądać na zainteresowaną i szybko przebiegam listę wzrokiem. Mundurki dostaniemy w szkole, po przydziale do Zakonów (jakby nie można było wszystkich ubrać tak samo, a przynależność do danego domu zaznaczyć tarczą z odpowiednim herbem!), moim głównym celem jest więc księgarnia, w której będę mogła kupić podręczniki. Ponad to muszę uzupełnić mój zapas atramentu i pergaminu oraz zaopatrzyć się w składniki niezbędne na lekcji eliksirów.
Aby poszło nam sprawniej, rozdzielam się z tatą – ja idę do księgarni, obok której znajduje się stragan z artykułami papierniczymi, a tata obiecuje zakupić resztę niezbędnych mi rzeczy. Umawiamy się przy palenisku za pół godziny i rozchodzimy w swoje strony.
Mam dziwne wrażenie, że planuje dla mnie jakąś niespodziankę.
Wchodząc do niepozornego na pierwszy rzut oka namiotu, którego ściany mienią się migającymi literami, raz jeszcze przeglądam listę ponownie uświadamiając sobie, dlaczego tak bardzo nie podoba mi się nowa szkoła.
W Polsce, po zakończeniu Elementarnej Szkoły Magii uczniowie podchodzą do egzaminów zwanych potocznie „wstydami” i na podstawie ich wyników w Wyższej Szkole Magii przydzielane im są fakultety zajęć dodatkowych. Mnie zostały one przydzielone na podstawie egzaminów po trzeciej klasie i tak wśród moich zajęć, obok obligatoryjnych przedmiotów takich jak Zaklęcia, Transmutacja, Opieka Nad Zwierzętami, Czarnoksięstwo (brr!) i Historia Magii, których nazwy, tak jak wspomniałam, były o wiele bardziej fantazyjne, znalazły się również Eliksiry i Zielarstwo, które były moimi ulubionymi przedmiotami w poprzedniej szkole. Postanowiłam także skorzystać z okazji i wziąć dodatkowe zajęcia z Zaklęć, bo to również była dziedzina, w której szło mi całkiem nieźle.
Szkoda, że w starej szkole sama mogłabym wybierać sobie zajęcia po egzaminach w piątej klasie. Ten tutejszy system był kompletnie bez sensu.
Zamyślona, dopiero po chwili rozglądam się po wnętrzu namiotu-księgarni i zapiera mi dech w piersiach. Wnętrze jest ogromne, wypełnione po wysoko umieszczony sufit księgami wszelkiego rodzaju, które trzymają się na półkach chyba tylko dzięki pomocy magii. Nie pozwalam sobie jednak na zbyt wiele zachwytów i ruszam do kasy, by sprzedawca pomógł mi skompletować podręczniki. Po drodze zauważam jeszcze książkę, którą polecał mi jeden z przyjaciół i postanawiam wziąć ją ze sobą do szkoły na osłodę początku roku szkolnego. Myślę, że rodzice nie będą mieli nic przeciwko.
Zakup podręczników przebiega pomyślnie, a ja przechodzę do sąsiedniego namiotu-straganu, który oferuje szeroki wybór artykułów piśmienniczych. Prócz zapasu pergaminu i atramentu zaopatruję się również w nowe, eleganckie łabędzie pióro oraz parę drobiazgów ułatwiających robienie notatek.
Cena podana przez sprzedawcę sprawia, że nieco mnie zatyka, ale nie mam zamiaru rezygnować z zakupów. Płacę z nieco niezadowoloną miną i obracam się energicznie, przypadkowo na kogoś wpadając.
Wergilia
Z salonu dobiegają mnie przytłumione głosy mojego ojca i Doriana. Męskie sprawy, nieodpowiednie dla moich kobiecych uszu. Wzdycham i zerkam, z parapetu, przez okno mojego pokoju. Przed oczyma znowu mam zakrwawionego Doriana.
Nikomu nie powiedziałam, jak dokładnie powaliłam wilkołaka. Kryję prawdę pod kobiecą wymówką, która brzmi: „nie pamiętam, co dokładnie się stało, mój kobiecy umysł nie wytrzymał tak silnych emocji, bla, bla, bla...”. Działa, nawet lepiej niż cokolwiek innego na tym świecie.
Zerkam na rozłożoną na miękkim dywanie księgę do eliksirów na poziomie zaawansowanym. Zupełnie nie rozumiem dlaczego mój przyszły nauczyciel wybrał właśnie ten podręcznik. Pełno w nim błędów i nieścisłości. Ten leżący na moich kolanach jest dużo lepszy. Niestety nawet on nie jest idealny. Sięgam po pióro, zsuwam się z parapetu i kładę się na dywanie. Robię notatki drobnym pismem w podręczniku, który kupiłam na zajęcia. Kaligrafuję nienaganne, kobiece litery... mój ojciec zadbał o to, jak i o inne kobiece strony mojego wychowania. Umieszczam najważniejsze informacje na krawędziach księgi, której będę używać, chociaż znam je na pamięć. Wiem, które składniki lepiej gnieść, niż siekać; gdzie błędnie podano ilość użytej rośliny oraz czas ważenia eliksiru. Ojciec mawia, że tak się przykładam do eliksirów, bo moje zdolności magiczne nie są wcale imponujące, więc to jedyna umiejętność, w której mogę się wykazać.
Stawiam ostatnie słowo, podnoszę się i przeciągam. Ułamek sekundy później słyszę dzwonek wzywający na obiad, chociaż powinnam to nazwać ucztą. Schodzę do ogromnej jadalni, w której za czasów pradziadka odbywały się wielkie uroczystości i siadam na wyznaczonym dla mnie miejscu… po kobiecej części stołu. Skrzaty domowe uwijają się szybko i dyskretnie, a Dorian i ojciec wymieniają jakieś tajemnicze spojrzenia. Staram się nie okazywać zainteresowania, wręcz udaję, że jestem zupełnie ślepym dziewczęciem i nie widzę, że coś knują. Powoli, bez zbędnego pośpiechu, zjadam obiad. Nie rozmawiamy, podobno to w złym guście, jak mawia ojciec.
Myślami błądzę wokół szkoły. Nie mogę się już doczekać. W końcu będę daleko od krytycznych spojrzeń ojca i milczącej matki. Wiem też, że Dorian nigdy na mnie nie naskarży, więc będę mogła swobodnie być prawdziwą sobą. Może nawet uda mi się nawiązać jakieś ciekawe znajomości. W naszej Szkole Magii Elementarnej w Bodzentynie raczej nikt nie przypadł mi do gustu. Śmietanka towarzyska, elita polskich pradawnych rodów czystej krwi. Panienki z chochlikami kornwalijskimi w głowie i chłopcy tak narcystyczni, że na nic innego już nie pozostało im miejsca.
Posiłek dobiega końca, a ja z ulgą ruszam w kierunku schodów prowadzących na górę. Nie dane mi jednak rozkoszować się samotnością.
- Wergilio, nie uraczysz nas swoim towarzystwem? - pyta ojciec.
- Oczywiście – odpowiadam.
Zbaczam więc z drogi i zamiast na górę, kieruję się do salonu, gdzie skrzaty zdążyły już rozpalić ogień na wielkim, murowanym kominku.
Siadam na wąskiej, ciemnobordowej sofie i zawieszam wzrok na malowidle drzewa genealogicznego naszej rodziny. Taka fanaberia pradawnych rodów. Chyba wszystkie, które znam mają coś takiego w swoich posiadłościach. Z miejsca, w którym kiedyś widniał portret Miłobora, spogląda na mnie namalowany, błękitny Żarptak. Ten swojski odpowiednik Feniksa dawno wyginął, chociaż uznawany był za równie nieśmiertelnego co jego kuzyn. Przesuwam wzrok na moją podobiznę. Portrety zmieniają się wraz z osobami, które przedstawiają. Ten proces zanika w momencie śmierci, więc większość krewnych na podobiznach to siwowłosi staruszkowie.
Do salonu wsuwa się ojciec z Dorianem, siadają na fotelach obitych identycznym materiałem i zaczynają o czymś między sobą rozmawiać. Tak w mniemaniu mojego ojca wygląda zwykle moje dotrzymywanie mu towarzystwa. Jestem ładną ozdobą salonu. Sięgam więc po odłożoną na stolik obok sofy książkę i oddaję się jej lekturze. To prezent, który otrzymałam na ostatnie urodziny - "101 zaklęć i eliksirów dla panienek z pradawnych rodów". Fascynująca lektura, napisana bardzo przystępnym językiem, który każda głupia dziewczynka da radę zrozumieć. Ależ wysokie mniemanie ma o mnie ojciec. Zwłaszcza, że księga opiera się głównie na czarach i eliksirach upiększających. Problem w tym, że ja nie mam swojej urodzie nic do zarzucenia.
Całe to jakże urocze spędzanie rodzinnie czasu przerywa sowa, która wpada do naszej posiadłości i zostawia pocztę na stoliku. Zerkam dyskretnie i zauważam idealnie wykaligrafowane moje imię i nazwisko, a obok identyczny list dla Doriana. Przyszły oficjalne wyniki Wstydów. W.S.T.D. czyli Wstępne Standardowe Testy Doprecyzowujące, to egzaminy, które odbywają się po ukończeniu Szkoły Magii Elementarnej. Na podstawie ich wyników zostają przydzielone fakultety w kolejnej szkole. Zwykle wyniki znane są już następnego dnia, ale na oficjalne listy trzeba zwykle poczekać.
Sięgam po swój i otwieram go nożykiem do listów. Wyjmuję ze środka pergamin, na którym widnieją same najwyższe oceny przy przedmiotach, z których podeszłam do egzaminu. Mogę więc spać spokojnie, wiedząc że Eliksiry, Zielarstwo, Wróżbiarstwo, Starożytne Runy oraz Obrona przed Czarną Magią, która od teraz będzie połączona z Czarnoksięstwem, będą moimi przedmiotami dodatkowymi. Oddaję list ojcu, który już stoi obok z niecierpliwością i obserwuję, jak się krzywi. Poza ostatnim przedmiotem, żaden inny, nie jest jego zdaniem wart uwagi. Oddaje mi list, nic nie mówiąc i skupia się na Dorianie, który wybrał bardziej praktyczne przedmioty. Wracam do czytania i proszę w myślach, aby ten tydzień już minął.
Sięgam po swój i otwieram go nożykiem do listów. Wyjmuję ze środka pergamin, na którym widnieją same najwyższe oceny przy przedmiotach, z których podeszłam do egzaminu. Mogę więc spać spokojnie, wiedząc że Eliksiry, Zielarstwo, Wróżbiarstwo, Starożytne Runy oraz Obrona przed Czarną Magią, która od teraz będzie połączona z Czarnoksięstwem, będą moimi przedmiotami dodatkowymi. Oddaję list ojcu, który już stoi obok z niecierpliwością i obserwuję, jak się krzywi. Poza ostatnim przedmiotem, żaden inny, nie jest jego zdaniem wart uwagi. Oddaje mi list, nic nie mówiąc i skupia się na Dorianie, który wybrał bardziej praktyczne przedmioty. Wracam do czytania i proszę w myślach, aby ten tydzień już minął.
Sława
- Oj, przepraszam. - Osoba, którą właśnie staranowałam to niewysoki, nieco korpulentny chłopak w moim wieku o kasztanowych, nieco nawet rudawych włosach, piegowatym nosie i oczach o bliżej nieokreślonej barwie.
Jest w nich coś na tyle fascynującego, że wpatruje się w nie przez dłuższą chwilę, nim orientuję się, że tak chyba nie wypada.
- Och, to ja przepraszam, gapa ze mnie. - Kręcę głową, a po chwili wahania dodaję. - Jestem Sława. Sława Radost – przedstawiam się. Tata byłby dumny.
- Tomir Ciechosz. Nie jesteś stąd – zauważa. - Masz bardzo dziwny akcent.
- Urodziłam się w Londynie, przyjechałam kilka tygodni temu – odpowiadam, przygryzając wargę. - Pewnie będziemy chodzić razem do szkoły – zgaduję.
- Pewnie tak, ja idę teraz do pierwszej klasy w Orlim Grodzie. A ty?
- Obawiam się, że ja niestety też – wzdycham, zapominając o manierach. - Wybacz, wciąż jeszcze nie przyzwyczaiłam się do przeprowadzki.
- Wszystkie zmiany są trudne – zgadza się ostrożnie chłopiec, ale nie dodaje nic więcej. Najwyraźniej go uraziłam.
- Pójdę już, tata na mnie czeka – żegnam się po chwili niezręcznego milczenia i ruszam na poszukiwania.
Tata czeka na mnie w umówionym miejscu, upewniamy się, że wszystkie zakupy są już zrobione i ruszamy na drugi koniec targowiska, gdzie faktycznie są sprzedawane gofry. Niestety sklepik nie jest już obsługiwany przez znanego mojemu tacie właściciela.
- Dziadek zmarł w zeszłym roku, teraz ja zajmuję się kawiarnią – wyjaśnia nam wysoki chłopak, wnuk pana Henryka. Bierzemy gofry i siadamy przy jednym ze stolików.
Słońce grzeje przyjemnie, a ja delektuję się gofrem z bitą śmietaną i owocami, kiedy nagle tata porusza nieco niezręczny temat.
- Sławo, musimy porozmawiać – zagaja, otrzepując koszulę z okruszków. - Widzę, że jesteś niezadowolona z przeprowadzki. Zastanawiam się, co mógłbym zrobić, żeby choć trochę ułatwić ci tę sytuację.
- Powiedzieć, że wracamy do Londynu? - żartuję, choć nie obraziłabym się, gdyby tak było. - Tato, tutaj wszystko jest takie… - urywam, bo chciałam powiedzieć „okropne”, ale nie chcę go urazić.
- Inne – podpowiada tata. - Po prostu inne, kochanie. Wiem, że to dla ciebie kompletna nowość i ciężko się będzie przyzwyczaić, ale najbliższe pięć lat spędzimy tutaj. Przynajmniej, co potem, to się okaże. Już raz musieliśmy się przeprowadzać, pamiętasz?
- Owszem, ale zmieniliśmy tylko miasto, nie kraj, a poza tym miałam wtedy siedem lat – przypominam mu. - Tato, a co jeśli… nie znajdę tu żadnych przyjaciół? - wyrażam na głos swoje obawy. Przed oczami staje mi na moment Tomir, ale przecież na sto procent udało mi się już go do siebie zrazić.
W poprzedniej szkole miałam swoją grupkę znajomych, ale nie byli zbyt bliscy. Jednak byli. Nie utrzymywali ze mną kontaktu przez wakacje, poza jednym kolegą. Tutaj nie znałam nikogo, nie znałam dobrze obyczajów, byłam… intruzem.
Możliwe, że moja niechęć nie brała się ze złości, tylko ze... strachu?
- Poradzisz sobie, Sławo. Jesteś moją córką, a moje córki zawsze dają sobie radę. - Tata całuje mnie w skroń, a mnie robi się nieco lżej na duszy.
- Phi, jakbyś miał jeszcze jakieś inne. - Wywracam oczami. - Oczywiście, że dam sobie radę!
Żałuję, że nie mogę go mieć przy sobie w szkole. Tata zawsze był moim oparciem, nie wiem, co zrobię bez niego. Nie wiem, czy sobie poradzę z nową sytuacją. Przecież niektórzy będą się znać ze szkoły pierwszego stopnia, a ja nawet nie wiem, jak to funkcjonuje. Tylko w Polsce takie dziwactwa – wszystkie normalne kraje mają jedną szkołę magii. Francja ma Baxbauton, Skandynawia ma Durmstrang, Wielka Brytana ma Hogwart, a USA Salem. Ale Polska musiała wyłamać się ze schematu i podzielić edukację czarodziejów na dwa etapy: podstawowy i zaawansowany. W Hogwarcie szłabym właśnie do czwartej klasy. Tutaj znowu będę pierwszakiem.
- Być może okaże się, że w szkole znajdziesz jakąś znajomą twarz – oznajmia nagle tata z dziwną miną, gdy połykam ostatni kęs gofra. Był przepyszny! - Chodź, wracajmy do domu, mama na nas czeka.
W domu mają miejsce trzy rzeczy, które momentalnie poprawiają mi humor. Kiedy wchodzę do swojego pokoju, niemal zatyka mi dech. Podczas naszej nieobecności, mama dała z siebie wszystko i udekorowała całe pomieszczenie pamiątkami z Londynu i Hogwartu. Niebieskie zasłony i pościel z brązowymi elementami, które od razu przypomniały mi, że trzy lata temu Tiara Przydziału przydzieliła mnie do domu Roweny Ravenclaw. Nieważne, gdzie trafię teraz, w głębi serca już zawsze będę Krukonką. I choć więcej czasu spędzę w szkole, niż w moim nowym pokoju, wiem, że będę miała tutaj swój azyl, niezależnie od tego, jak pójdzie mi aklimatyzacja w nowym miejscu.
Drugą miłą rzeczą jest niewielki pakunek, który czeka na mnie przy moim talerzu, gdy siadamy z rodzicami do kolacji. Spoglądam zdezorientowana na tatę, a ten skinieniem zachęca mnie, bym otworzyła prezent. Rozwiązuję czarną wstążeczkę, zdejmuję wieczko pudełka i aż wzdycham z zachwytu. Srebrny wisiorek w kształcie zrywającej się do lotu czapli. Lubię te ptaki, są samotnikami, jak ja.
- Jest cudowny, dziękuję! - Całuję tatę w policzek i naprawdę przez chwilę zapominam, że nie jestem w Londynie.
A kiedy wieczorem kładę się do łóżka spać, przydarza mi się trzecia miła rzecz.
Na parapecie okiennym czeka na mnie sowa z kawałkiem pergaminu. Odczepiam go niecierpliwie, bo dobrze wiem, kto przysłał ten list. Na skrawku widnieje tylko kilka słów, ale to mi wystarcza.
S., to dopiero parę tygodni, a ja już za Tobą tęsknię. Jak sam poradzę sobie na eliksirach? Ściskam, T.
Serce zaczyna szybciej trzepotać mi w piersi. To jednocześnie cudowne jak i okropne uczucie, bo mimo iż list sprawił mi ogromną radość, to również przypomniał, dlaczego tak bardzo cierpię z powodu przeprowadzki.
________
Witamy z powrotem. Powiedzcie szczerze - nie sądziliście, że coś tutaj się w ogóle pojawi, prawda?
No, jak tam wrażenia z naszego nowego (nie)fanficka?
Pozdrawiamy,
S&S
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz