Wergilia
W
końcu nadszedł ten upragniony dzień. Stoję obok Doriana na
peronie i czekam na pociąg, który odwiezie nas niemalże do samych
stóp Orlej Góry. Rodzice niestety nie mogli nas pożegnać, bo
mieli coś do załatwienia. Oczywiście nie zdziwiło mnie to ani
trochę. Tak samo, jak ich chłód, kiedy się ze mną rozstawali.
Dorian za to został obsypany przez nich komplementami i dobrymi
radami, co połechtało tylko jego ego.
Mój
brat ściska mój nadgarstek i uśmiecha się do mnie odrobinę
wyniośle.
-
Gdzie się podział twój uroczy uśmiech? - pyta.
Pokazuję
mu odrobinę przerysowany grymas, który ma udawać uśmiech. Wywraca
tylko oczami i zauważa jakichś swoich kolegów z Bodzentyna.
-
Później cię znajdę, dobrze? - Całuje mnie w czoło i odchodzi.
Zachowuje
się tak… a przecież to ja jestem tą starszą. Rozglądam się
dyskretnie, aby upewnić się, że nie ma w pobliżu nikogo znajomego
i znikam w tłumie uczniów pchających się do pociągu.
Stosunkowo
szybko znajduję wolny przedział, gdzie zajmuję miejsce pod oknem.
Po jakiś czasie drzwi na sekundę się otwierają, a mój wzrok
napotyka wzrok Racibora. Chłopak szybko zatrzaskuje je i oznajmia
swoim towarzyszom, że ten przedział jest pełny.
Lepiej dla tego zdrajcy krwi. Nie mija dziesięć minut, kiedy ktoś
ponownie mnie niepokoi. Do środka wsuwa się wysoka dziewczyna o
rudych włosach, upiętych w niedbałe koczki tuż nad skroniami.
Lustruje mnie chwilę jasnoniebieskimi oczami. Na jej nosie można
zauważyć kilka drobnych piegów.
-
Romana Galińska. - Wyciąga w moim kierunku dłoń.
Jest
ode mnie starsza, od razu to widać. Może mieć teraz z piętnaście
lub szesnaście lat, niedługo będzie pełnoletnia.
-
Wergilia Niemira. - Witam ją uściskiem dłoni.
-
Pierwszy rok? - pyta, częstując mnie Fasolkami Wszystkich Smaków.
Sięgam
po jedną, fioletową, licząc na smak winogron, ale trafia mi się
czerwona kapusta.
-
Tak – odpowiadam krótko.
-
Mnie zostały dwa lata – oznajmia Romana i krzywi się, zjadając
jedną z fasolek.
Zerkam
na jej prostą, lnianą sukienkę, z rozszerzającymi się rękawami.
Dominującym jej kolorem jest brązowy, ale wykończenia są białe.
Od razu widać, że została przydzielona do Zakonu Emeryka
Brodatego.
Wyższa
Szkoła Magii i Czarodziejstwa Orli Gród dzieli się na trzy zakony.
Pierwszy utworzyła Berenika Założycielka. Stwierdziła jednak, że
może nie podołać prowadzeniu szkoły w pojedynkę i znalazła
dwoje czarodziei, którzy się do niej przyłączyli. Byli to,
właśnie Emeryk Brodaty i Waleriusz Posępny. Moja cała rodzina od
wieków trafiała do Zakonu tego ostatniego, jak większość
pradawnych rodów czystej krwi.
Niedługo
dostanę sukienkę o identycznym kroju, jedynie, miejmy nadzieję, w
kolorze granatu i czerwieni.
-
Tu jesteś, szukam cię po całym pociągu. - Drzwi otwierają się
gwałtownie i do środka wpada dziewczyna o mocno romskiej urodzie.
Ma
ciemniejszą karnację, a długie gęste, ciemnobrązowe włosy
układają się grubymi falami na jej ramionach. W przeciągu kilku
sekund jej energia niemalże wypełnia cały przedział. Siada obok
Romy, spogląda na mnie pięknymi, ciemnobrązowymi oczami i uśmiecha
się szeroko. Ona również należy do Zakonu Emeryka.
-
Mirela Roza – przedstawia się dziewczyna i bez skrępowania porywa
Romie jedną z fasolek.
-
Wergilia Niemira – odpowiadam, po chwili milczenia, kiedy
zaskoczenie mija.
Nie
jestem przyzwyczajona do takich pokładów energii w moim najbliższym
towarzystwie. Przez głowę przelatuje mi myśl, że Mirela na pewno
nie spodobałaby się mojemu ojcu, co tylko sprawia, że mam ochotę
bliżej ją poznać.
-
Profesor Kabirski podobno znowu podniósł próg egzaminów i
większość dziewczyn jest rozczarowana, że nie będzie mogła
oglądać go przez dodatkową godzinę w tygodniu. Dobrze, że mam
ocenę A z czarnoksięstwa. - Mirela szturcha Romanę łokciem.
A
oznaczająca Ambitnie jest najwyższą możliwą do zdobycia oceną.
Takie właśnie widnieją na moich Wstydach z eliksirów i
czarnoksięstwa. Zaraz za nią jest S czyli Satysfakcjonująco.
Kolejne jest W jak Wystarczająco. Dalej P – Przeciętnie, N-
Nędznie i w końcu G – Głaz, jako skrót od tępy jak głaz.
-
Ciekawe dlaczego to jedyny przedmiot, do którego się tak
przykładasz? - Roma rzuca w dziewczynę fasolką.
-
A ty, Wer, będziesz chodzić na fakultet z czarnoksięstwa? - Mirela
wkłada sobie fasolkę do ust i uśmiecha z zadowoleniem. - Czekolada
mleczna – wyjaśnia szybko.
-
Tak – odpowiadam krótko zupełnie zaskoczona zdrobnieniem, które
tak szybko nadała mi dziewczyna.
-
Przygotuj się na najprzystojniejszego czarodzieja, jakiego widziałaś
na oczy. - Mruga do mnie.
-
Nie słuchaj jej – wtrąca Roma. - Może i jest atrakcyjny, ale
lepiej mu nie podpaść. Można powiedzieć, że później jest
mściwy. - Ponownie częstuje mnie łakociami.
Tym
razem trafiam na czarne jagody. To już lepszy wybór.
-
Czyli należy na niego uważać, tak? - upewniam się.
Obie
potakują skinieniem głowy.
-
W sumie, jeśli będzie chciał się do ciebie przyczepić, to zrobi
to i tak. W sumie, on mało kogo lubi. - Nie pociesza mnie Romana.
-
Dobrze, że już nie uczy eliksirów, jak dwa lata temu, bo z tego
nie dałabym rady otrzymać A. - Mirela uśmiecha się szeroko.
Dziewczyna
roztacza wokół siebie tak sympatyczną aurę, że nie potrafię
odwzajemnić jej uśmiechu. A może ja po prostu pragnę atencji,
której nie otrzymuję w domu.
Sława
Pociąg, który wiezie nas gdzieś w okolice Kielc, gdzie znajduje się Orla Góra, na której zbudowano Orli Gród, jest marną podróbką tego, którym dostawałam się do szkoły przez ostatnie trzy lata. Na dodatek zatrzymuje się co kilkanaście minut. To w końcu pociąg, czy tramwaj?!
Wzdycham ciężko na myśl, że moi znajomi siedzą teraz w podobnym przedziale, ale setki kilometrów ode mnie i przeciwieństwie do mnie nie gnają ku nieznanemu.
Nie wiem w jakim stopniu mój sceptyzm spowodowany jest niepokojem przed nieznanym, ale naprawdę czuję, że w tym roku nie czeka mnie nic dobrego.
- Mogę się dosiąść? - Po kilku minutach podróży, do przedziału zagląda rudawy chłopak, który wydaje mi się znajomy. Chyba dostrzega moje wahanie, bo od razu dodaje - Spotkaliśmy się już. Tomir jestem.
- Ach tak, pamiętam. Staranowałam cię pod księgarnią - przypominam sobie. - Przepraszam za to.
- Nie ma sprawy. - Uśmiecha się. - To jak? Mogę wejść?
- Pewnie. - Odsuwam się, by zrobić mu więcej miejsca. Chłopak rozsiada się naprzeciw mnie, starannie układając swoje rzeczy i zapada niezręczna cisza.
- Więc jesteś z Londynu? - pyta nagle, a ja dopiero po sekundzie uświadamiam sobie, że nawiązuje do naszej poprzedniej wymiany zdań.
- Tak, ale potem przeprowadzałam się parę razy, aż w końcu trafiłam tutaj. Mój tata pracuje w Ministerstwie.
- O, mój też! Może się znają?
- Wątpię, tata nie był w Polsce prawie od 20 lat - ucinam rozmowę.
Tomir jednak nie daje za wygraną.
- Wiesz, do jakiego Zakonu chcesz trafić?
- Nawet nie wiem, jaki mam wybór. - Wzruszam ramionami, odrobinę tylko żałując, że nie słuchałam taty, gdy mi o tym opowiadał. - W poprzedniej szkole moją klasę wyróżniał zapał do nauki, sumienność, rozwaga i bystrość.
- Hmm... Tutaj podział wygląda chyba nieco inaczej niż ten, do którego przywykłaś - zauważa Tomir, a pociąg zatrzymuje się na kolejnej stacji. Przez okno widzę uczniów wsiadających, ale też wysiadających. - Choć według tego, co mówisz, powinnaś trafić do Zakonu Bereniki Założycielki. Jej uczniów wyróżnia bystrość i przebiegłość, a w herbie na lisa i rutę. Uczniowie noszą pomarańczowo-zielone szaty...
- Ugh, okropne zestawienie. - Krzywię się. - Mam nadzieję, że nie będę musiała tego nosić... a pozostałe Zakony? - pytam, bo chłopak opowiada naprawdę ciekawie.
Tomir uśmiecha się szeroko i przybliża mi zawiłości nauki w Orlim Grodzie. Opowiada o Emeryku Brodatym, który bierze pod swoje skrzydła silnych i odważnych oraz o Waleriuszu Posępnym, który mentoruje wytrwałym, stawiającym na pracę zespołową. Kiedy napomyka coś o tajemniczej Józefinie, pociąg staje po raz kolejny i zauważam wsiadające do niego dzieci, z pewnością młodsze ode mnie.
- Dlaczego on się cały czas zatrzymuje? - przerywam Tomirowi opowieść o Szklanej Wieży. - I co robią tutaj te dzieciaki?
- Cóż, dawniej był problem z transportem, nie każdy uczeń mógł dotrzeć na stację w Łodzi, skąd początkowo startował pociąg. Pojawiły się liczne opóźnienia i nauczyciele mieli dość tego, że uczniowie potrafili docierać do szkoły z tygodniowym niemal opóźnieniem.
Wywracam oczami na te słowa. W Anglii takie coś na pewno nie miałoby miejsca!
- Postanowiono więc, że w całym kraju utworzy się sieć stacji, a pociąg 1. września objeżdża je wszystkie i zbiera dzieci - kontynuuje Tomir. - Zarówno te udające się do Orlego Grodu, jak i te uczęszczające do okolicznych Szkół Magii Elementarnej i rozwozi je po drodze. Na końcu udaje się do podnóża Orlej Góry, gdzie się właśnie udajemy... Choć nie - poprawia się zaraz - jeszcze ostatni przystanek, Bodzentyn.
- Czyli... już niedaleko? - upewniam się, a chłopak kiwa głową. - Opowiedz mi coś jeszcze. Skąd jesteś? Gdzie chodziłeś do szkoły?
- Chodziłem do SME w Kurozwękach, mijaliśmy je przed chwilą - odpowiada Tomir. - A mieszkam w okolicach Sandomierza.
- To całkiem niedaleko mnie, tata kupił dom w okolicach Lublina... - Uśmiecham się, bo w sumie cieszę się, że mój prawie-kolega mieszka w promieniu kilkudziesięciu kilometrów ode mnie.
- Grasz w quidditcha? - pyta mnie Tomir, a ja kręcę głową.
- Moja mama spadła z miotły jako młoda dziewczyna i mi nie pozwala - odpowiadam zgodnie z prawdą. Poza lekcjami latania, miotły dosiadłam tylko parę razy, gdy przyjaciele namówili mnie na towarzyski mecz w okrojonym składzie.
Właściwie... to tylko jeden przyjaciel był w stanie mnie do tego namówić.
Wzdycham ciężko, co od razu zwraca uwagę Tomira.
- Co się stało?
Waham się, ale postanawiam być z nim szczera.
- Tęsknię po prostu za moimi przyjaciółmi z Anglii. Boję się, że o mnie zapomną - wyjawiam swoje obawy.
- Jeśli zapomną o takiej fajnej dziewczynie jak ty, to nie byli dobrymi przyjaciółmi - oburza się Tomir, a mnie robi się od razu jakoś raźniej. - Zresztą, może warto poszukać nowych przyjaciół? Tutaj? - Zerka na mnie z ukosa.
Nie odpowiadam, bo pociąg zatrzymuje się, a sądząc po odgłosach na korytarzu to już ostateczny przystanek. Bierzemy z Tomirem swoje rzeczy i wychodzimy na peron, gdzie już tłoczą się uczniowie. Pierwszorocznych łatwo poznać po jasnych, lnianych szatach, które nie noszą jeszcze kolorów Zakonu, do którego ich przydzielono. Szaty magicznie zmieniają kolor po przydziale. Tak przynajmniej twierdzi Tomir.
- Dokąd teraz? - pytam go szeptem, próbując wypatrzeć coś w tłumie uczniów.
Ponad nami wznosi się samotna góra o obłym kształcie, jakby wygładzona przez czas setek lat. Z jednej strony widnieje jedynie formacja skalna, która przy odrobinie wyobraźni może przypominać orli dziób. W tamtym kierunku też zmierzają uczniowie.
- W tych skałach znajduje się grota, w której są kominki bezpośrednio połączone ze szkołą. Zamek znajduje się na szczycie, ale jest niewidoczny z dołu. - Tomir łapie mnie za łokieć, by tłum nas nie rozdzielił. - Podobnie jak cała góra skryta jest przed oczami mugoli. Dlatego myślą, że to Łysica jest najwyższą górą w tym paśmie. Cóż, trochę ich omija, nie sądzisz?
Wzruszam ramionami, bo naszym oczom ukazuje się grota u stóp potężnej orlej skały. Z tej perspektywy naprawdę wygląda jak jakiś drapieżny ptak. Tłum uczniów formuje się powoli w coś kształt kolejki, a nawet dwóch kolejek. Jedną tworzą starsi uczniowie, rozpoznawalni poprzez kolorowe szaty, drugą nowi uczniowie, ustawiający się do paleniska po lewej stronie.
Tomir staje za moimi plecami i krok po kroku zbliżamy się do wielkiej misy z proszkiem Fruu, którego pilnuje dość groźnie wyglądający ptak, witający kolejnych uczniów skrzekliwym kraknięciem.
- Sprawdza, czy ktoś niepożądany nie próbuje się dostać do szkoły - szepcze mi do ucha Tomir, gdy od misy dzielą mnie trzy osoby.
- A tamten kominek? - pytam, wskazując palenisko na środku. Po prawej kolejka wciąż nie maleje, uczniów jest w końcu trzy razy więcej.
Dwie osoby.
- Ten jest dla nauczycieli i gości - odpowiada Tomir.
Jedna osoba.
Potakuję, biorę głęboki oddech i podchodzę do misy z duszą na ramieniu, bo nachodzi mnie straszna myśl, że ptaszysko wyczuje moją obawę, że tutaj nie pasuje i nie dopuści mnie do paleniska.
- Kraaa...! - skrzeczy przeraźliwie, gdy sięgam po garść proszku, ale nic niepokojącego poza tym się nie dzieje. Podchodzę do osmalonych kamieni ułożonych w krąg i nagle dociera do mnie, że nie wiem, co powiedzieć. Szkoła? Orli Gród?
Rzucam przerażone spojrzenie na Tomira, który bezgłośnie pokazuje mi, że mam po prostu rzucić proszek pod stopy.
Wykonuję jego polecenie i otwiera pięść, a zielony ogień pochłania mnie, nie czyniąc mi krzywdy.
Wergilia
Uczniowie
starszych klas rozchodzą się do trzech sporych rozmiarów,
kwadratowych stołów. Po jednym dla każdego Zakonu. W rogu stoi
jeszcze jeden, pusty. Mało kto pamięta, że Zakony miały być
pierwotnie cztery, ale to teraz zupełnie nieistotne.
Uczniowie
pierwszej klasy, wśród których jestem, stoją w parach przed całą
kadrą nauczycielską. Akt Pasowania, podczas którego dostaje
się przydział do Zakonu jest prowadzony przez wszystkich
profesorów. Wychodzą oni pojedynczo na podwyższenie, siadają na
jednym z dwóch, obitych złotym atłasem foteli i czekają, aż
Zaczarowana Przypinka, pamiątka po Berenice Założycielce, wybierze
z listy nowych uczniów nazwisko. Wybrany uczeń podchodzi i siada na
drugim krześle, a później odbywa się Pasowanie, podczas którego, profesor w jego umyśle rozgrywa trzy zadania. Każde sprawdza inne
przymioty, które cenił dany założyciel Zakonu. Na koniec to
Zaczarowana Przypinka, nie nauczyciel, decyduje o przydziale.
Pierwszy nauczyciel ma lekko rudawe blond włosy i sympatyczną
aparycję. Przygląda się chwilę pergaminowi i nazwisku, które
wskazała Przypinka.
-
Wergilia Niemira – wyczytuje na głos.
Czuję, jak chłód oblewa całe moje ciało. Robię pierwszy odrętwiały
krok, a reszta przychodzi już automatycznie. Czuję, że wzrok
wszystkich skierowany jest na mnie. Kiedy mijam Doriana ten lekko się
do mnie uśmiecha, ale to uniesione kciuki Romy i Mireli dodają mi
otuchy.
Siadam na krześle, które okazuje się wyjątkowo miękkie.
Profesor uśmiecha się do mnie i wyjmuje swoją różdżkę.
Uspokajam się i rozluźniam, nie mogą mi przecież zrobić krzywdy,
nawet jeśli będą grzebać w moim umyśle. Widzę, że nauczyciel
wymawia zaklęcie, ale nic nie słysz, poza szumem w uszach.
Przygotowuję się, ale nic się nie dzieje. Zupełnie nic. Spoglądam
zdezorientowana na profesora, który marszczy czoło. Ponownie rzuca
zaklęcie i ponowie nic nie następuje.
-
Nie jestem w stanie wniknąć do jej umysłu – mówi w końcu
nauczyciel.
Podchodzi
do niego dyrektor, który jest stosunkowo niski, ale postawny. Jego
krótko ścięte siwe włosy, poprzetykane są pojedynczymi czarnymi
pasmami. Brodę ma elegancko przyciętą. Informuje o czymś szeptem
nauczyciela,
który miał mnie egzaminować, a ten podnosi się i zwalnia miejsce.
-
Pozwolisz, moja droga, że twoim pasowaniem zajmie się profesor,
który naucza czarnoksięstwa, dobrze? - zwraca się do mnie
dyrektor, a ja przytakuję.
Już
rozumiem, dlaczego Mirela była tak zachwycona nauczycielem
czarnoksięstwa. Profesor Kabirski jest wysokim brunetem, a jego oczy
są intensywnie zielone. Delikatny zarost dodaje mu uroku. Siada
przede mną i mierzy mnie zimnym spojrzeniem. Chyba właśnie udało
mi się mu podpaść, a jeszcze nawet nie zaczęłam zajęć.
Tym
razem, po wypowiedzeniu przez nauczyciela zaklęcia mój umysł się
otwiera. Przenoszę się jakby do niedużego salonu z miękkim,
bladoróżowym dywanem. Przede mną stoi sporych rozmiarów wilkołak,
szczerzy na mnie zęby, z których kapie krew. Dywan powoli zabarwia
się na kolor szkarłatu. Bestia jest o wiele większa, niż ta,
która zaatakowała Doriana. Wyjmuję różdżkę z kieszeni spodni i
niemalże bezgłośnie wymawiam zaklęcie. Wiem, że brawura na nic
się w takiej sytuacji nie zda, więc najzwyczajniej w świecie
teleportuję się w inne miejsce. Ląduję miękko na środku
Zaczarowanych Rozdroży. Przede mną roztacza się widok na
otaczające je pola. Jedno mrugnięcie i stoję na szczycie ogromnej
lodowej góry. Wszędzie dookoła widać tylko padający śnieg i
mgłę.
-
Musisz wydostać się z tego położenia, bez użycia różdżki, co
zrobisz, Niemira?- Zewsząd rozchodzi się głos profesora. Jest
bezbarwny, pozbawiony emocji.
Chwilę
analizuję sytuację. Zamykam oczy i pomiędzy powiewami wiatru
wyłapuję coś zupełnie innego. Szum skrzydeł. Otwieram oczy, ale
niczego nie widzę. Nachylam się ku zboczu, a szum wydaje mi się
głośniejszy. Zaciskam zęby i skaczę w tamtym kierunku. Nie spadam
jednak, jak można się spodziewać, a ląduję miękko na czyimś
grzbiecie. Podejrzewam, że jest to testral, skoro nie mogę go
zobaczyć. Zwierzę zanosi mnie na swoim grzbiecie na środek
zamarzniętego jeziora. Pod jego gładką taflą widzę spokojną
twarz Doriana. Sięgam po różdżkę, ale nie mam jej. Wpadam w
lekką panikę, mimo iż wiem, że to tylko test. Przykładam dłonie
do tafli, a ta bez udziału woli, bez różdżki pęka, a ja spadam w
dół. Ląduję w komnacie pełnej luster.
Zaraz, zaraz próby
powinny już dobiec końca.
Obracam się. Każde odbicie jest, jakby
jednym ze wspomnień. Profesor Kabirski próbuje grzebać w mojej
głowie, w mojej pamięci. W jednym z luster miga mi nieznana
blondwłosa kobieta. Zamykam oczy i czyszczę umysł. Sprawiam, że
jest jedynie białą kartką papieru, pustą i niezapisaną.
Otwieram
oczy i ponownie siedzę na krześle, na środku jadalni w Orlim
Grodzie. Nauczyciel czarnoksięstwa patrzy na mnie z czymś na
kształt wyrzutu i zaskoczenia. Zaczarowana Przypinka chwilę krąży
po sali. Ułatwia jej to fakt, że wyobraża ona kolibra, więc
srebrne skrzydła poruszają się szybko z cichym brzęczeniem. Trwa
to chwilę, podczas której magiczny ptak ląduje kilka razy na
pustym stole, aż w końcu wskazuje mi Zakon Waleriusza Posępnego,
tak jak tego pragnęłam. Ale czy na pewno? Przez ułamek sekundy
żałuję, że nie trafiłam tam, gdzie Roma i Mirela.
Sława
Po uczcie jestem potwornie... głodna. Składają się na to głównie dwa czynniki. Pierwszy to fakt, że nadal nie przywykłam do polskiej kuchni i na stole nie znalazło się zbyt wiele rzeczy, które byłam w stanie przełknąć. Dlaczego w tym kraju podawanie zepsutego jedzenia uznaje się za coś naturalnego?!
Nawet moje próby zmiany smaku jedzenia za pomocą zaklęcia na niewiele się zdały, choć zaklęcia zawsze były moją mocną stronę. Tym razem jednak poległam - nic nie było w stanie przezwyciężyć tych okropnych smaków i zapachów.
Drugi powód był znacznie poważniejszy. Próby, którym mnie poddano, kompletnie pozbawiły mnie sił i apetytu. Przypinka jednak uznała, że po tym makabrycznym teście bez wątpienia jestem godna przystąpienia do Zakonu Bereniki Założycielki, co nie umknęło oczywiście uwadze Tomira, który właśnie dogania mnie na schodach.
- Miałem rację. Urodzona lisica z ciebie! - woła niby z siebie zadowolony, w jego głosie jest jednak jakaś niepewność.
Bardzo długo trwało, nim dołączył do nas w komnacie kominkowej, do której przeniósł mnie proszek Fruu. W komnacie obecni byli jedynie pierwszoroczni, reszta szkoły musiała trafić do innego pomieszczenia lub bezpośrednio do jadalni, gdzie miał nastąpić Akt Pasowania.
- Czemu tak długo cię nie było? - pytam, gdy wchodzimy do czegoś co jest chyba salonem Zakonu Bereniki. Mnóstwo tu lisów i ruty we wszystkich możliwych kombinacjach.
- Strażnik miał jakieś obiekcje... - Tomir wzrusza ramionami. - Musieli wezwać jakiegoś nauczyciela, chyba wicedyrektora, żeby rozwiązać problem.
- Ale dlaczego? - dziwię się. - Czemu miałby cię nie wpuścić? Przecież jesteś czarodziejem i nie masz niecnych zamiarów...
- Ja... - Tomir zagryza wargę, jakby chciał mi coś wyznać, ale najwyraźniej jeszcze za mało się znamy. - Opowiesz mi o swoich próbach? Nadal wyglądasz na wstrząśniętą, może pomoże ci, jeśli się tym z kimś podzielisz? - sugeruje, poklepując obok siebie miejsce na kanapie przy kominku. Dookoła kręci się kilku starszych uczniów, reszta poznikała w swoich sypialniach, by rozpakować kufry, które już tam na nas powinny czekać.
Biorę głęboki oddech, bo nie jestem pewna, czy ponowne przywołanie tych strasznych wizji mi pomoże.
- Okej... Po pierwsze, grzebanie w naszych umysłach uważam za poważne pogwałcenie naszej prywatności, ale mniejsza o to. Nauczyciel, który mnie egzaminował pozostawił mnie w środku kamiennego labiryntu. Było w nim zupełnie ciemno, a ja nie miałam różdżki. Kazał znaleźć mi wyjście i dodał, że wszystkie zadania mam wykonać bez użycia magii.
- Dziwne... Choć w sumie test nie ma oceniać naszych zdolności magicznych - zauważa Tomir. - I co zrobiłaś?
Wzruszam ramionami.
- To proste. Dotknęłam prawą ręką ściany i po prostu szłam, aż doszłam do wyjścia. Trochę to trwało, jakby chciała mnie zniechęcić i zmusić do czegoś innego, ale to najpewniejszy sposób na wyjście z labiryntu. I przede wszystkim - stuprocentowo skuteczny.
- A jeśli labirynt by się zmieniał?
Kurde, nie pomyślałam o tym.
- To musiałabym wymyślić coś innego.
- Na razie nie brzmi źle, wykazałaś się bystrością i wytrwałością, to fakt. Co dalej? - pyta z zainteresowaniem Tomir.
- Po wyjściu z labiryntu znalazłam się w ciemnym lesie, ale czekał tam na mnie... - zawieszam głos. Tomir marszczy brwi zaskoczony przerwą, dodaję więc niepewnie. - ...stary przyjaciel. Dookoła było słychać krążące dzikie zwierzęta. Wiedziałam, że musimy je zgubić i znaleźć bezpieczne schronienie. - Na samą myśl, aż wstrząsa mną dreszcz. - Natarliśmy się błotem i wytarzaliśmy w mchu, by nie wyczuły naszego zapachu. Potem ruszyliśmy strumieniem, by zmylić trop, staraliśmy się ustawić odpowiednio do wiatru i nie hałasować.
- Jesteś pewna, że twój tata nie jest myśliwym? - upewnia się Tomir, ja jednak kręcę głową.
- Moja mama pracuje jako auror. Nauczyła mnie paru sztuczek, jak unikać zagrożenia - wyjaśniam, nim wracam do opowieści. - To jednak nie wystarczyło. Pogoń deptała nam po piętach. Musiałam podjąć ciężką decyzję. Bardzo nie chciałam go opuszczać, ale jedynym wyjściem było się rozdzielić. - Biorę głęboki oddech. To jeszcze nie było najgorsze. - Myślałam, że pogoń ruszy za mną, w końcu to była moja próba, ale zwierzęta ruszyły za moim przyjacielem, a ja znalazłam bezpieczne schronienie w jakiejś chatce.
- To zadanie miało zbadać twoją przebiegłość i współpracę, myślę, że dobrze sobie poradziłaś... - pociesza mnie Tomir. - Choć przyznam, pierwsze słyszę, by zadania łączyły w sobie cechy dwóch Zakonów. Dziwne. Ale przecież tak naprawdę mogło chodzić w nich o coś zupełnie innego. A co było potem, Sława? To ostatnie zadanie tak tobą wstrząsnęło?
Potakuję niechętnie. Długo zbieram się, by opowiedzieć mu o ostatnim teście. Tym najgorszym, najbardziej brutalnym. Pod każdym względem.
- Potem... rozpętała się burza. Nie wiedziałam co robić, czy to nadal drugie zadanie i powinnam czekać w kryjówce, aż się skończy, czy też już następne, ale jeszcze nie odkryłam jego celu. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł postawny brodaty mężczyzna, ciągnąc za sobą mojego przyjaciela. Dał mi do ręki nóż i wybór. Jeśli będę z nim walczyć i wygram, pozwoli nam odejść. Jeśli przegram, zabije jedno z nas. - Czuję jak głos zamiera mi w zaschniętym nagle gardle, jakby potworne ultimatum nie umiało mi przejść przez usta. Czuję, jak Tomir zaciska dłoń na mojej dłoni. Biorę głęboki oddech i dokańczam. - Mogłam też zrezygnować z walki i sama dokonać wyboru, które z nas ma przeżyć. W razie odmowy mężczyzna miał zabić nas oboje.
- I co zrobiłaś? - wyszeptał Tomir.
- Ja... wiedziałam, że nie poradzę sobie z nim w walce. Nie mogłam ryzykować, że zabije mojego przyjaciela. Nie mogłam też odmówić podjęcia decyzji. Musiałam wybrać pomiędzy jego życiem, a swoim i... - Nie wytrzymuję i zaczynam szlochać. Zimny metal wbijający się w moje serce wydawał się tak prawdziwy, że wciąż czułam jego dotyk. Jakby kawałek tego ostrza już na zawsze utknął w moim sercu.
Tomir obejmuje mnie niespodziewanie i pozwala wypłakać w swoje ramię.
- Ten twój przyjaciel... - zagaja po chwili. - Nie był dla ciebie tylko przyjacielem, prawda?
Nie odpowiadam. Wiem, że nie muszę.
Gdy się już uspokajam i ocieram łzy, by zmienić temat, pytam chłopaka o jego test. Ten uśmiecha się niepewnie i kręci głową.
- Późno już, a to też nie było nic przyjemnego. Opowiem ci jutro, idźmy lepiej spać. Miałaś dziś dużo wrażeni. - Uśmiecha się późno. - To ostatnie zadanie... Wymagało od ciebie niemało odwagi, Sławo. Jesteś bardzo dzielna, wiesz?
Uśmiecham się do niego lekko i pokierowana przez starszego kolegę udaję się do swojej sypialni. Dwa z trzech łóżek są już zajęte, tylko to po prawej jest wolne. Moje współlokatorki chyba już śpią, dopiero jutro będę mieć okazję je poznać.
Kładę się na materacu i niemal od razu zapadam w nieco niespokojny sen.
Wergilia
Sypialnia,
do której trafiam, jest przeznaczona dla trzech osób, jednak
na razie zajmuję ją jedynie ja. Przydziały do Zakonów często są
niespodziewane, jeśli chodzi o ilość uczniów trafiających do
nich.
Rozglądam się po niewielkim pomieszczeniu. Trzy łóżka z
rzeźbionymi w maki kolumienkami, zwieńczonymi rzeźbami wilków.
Waleriusz Posępny przybierał postać właśnie tego zwierzęcia.
Był samotnikiem, zupełnie jak ja zazwyczaj. Na jednym z łóżek
leży zestaw idealnie złożonych lnianych sukienek w barwach granatu
i czerwieni. Obok gruby zimowy płaszcz z kapturem, również w
barwach mojego Zakonu. Do tego dwie pary butów zimowych i dwie
takich na cieplejsze miesiące oraz para rękawiczek.
Wychodzę z
sypialni i kręconymi schodami schodzę z wieży, aż do lochów,
gdzie znajduje się Salon Wspólny Zakonu Waleriusza Posępnego. Nad
kominkiem wisi ogromny portret tego potężnego czarodzieja. Nie mogę
się oprzeć wrażeniu, że mimo wszystko przypomina mi nauczyciela
czarnoksięstwa. Kiedy tylko siadam na jednej z wygodnych,
granatowych puf, podchodzi do mnie Dorian. Uśmiecha się z
wyższością, jak tylko on potrafi i siada obok.
-
Co się stało, Gili, podczas Aktu Pasowania? - pyta, zakładając
mi opiekuńczym gestem włosy za ucho.
Martwi
się. Nie wiem tylko, czy o mnie, czy raczej mną.
-
Nie wiem, ten pierwszy profesor nie potrafił wniknąć w mój umysł
– odpowiadam zgodnie z prawdą.
-
Widocznie był zbyt słaby dla takiej wspaniałej czarownicy, jak
moja siostra – oznajmia tak, jakby się mną chwalił.
Wzruszam
ramionami, bo co niby mam mu odpowiedzieć?
-
Byłaś u mnie, w ostatnim zadaniu. Słyszałem twój głos zza
zasypanej kamieniami jaskini. Nie miałem różdżki, musiałem
wszystkie te kamienie przerzucić używając do tego tylko siły
moich rąk. Ale byłem wytrwały i na końcu cię uratowałem. -
Całuje mnie w czoło i odchodzi do swoich kolegów.
Widzę,
jak żeńska część Zakonu niemalże wzdycha na jego widok.
Uspokajam się, bo dociera do mnie, że mimo wszystko Dorian to
jedyna całkowicie stała osoba w moim życiu. Jedyna, która nigdy
nie da mnie skrzywdzić, tego mogę być pewna.
Odrywam wzrok od
brata i sięgam do niskiej półki, która stoi obok. Zdejmuję z jej
blatu jedną z książek i otwieram ją. Tak, jak się spodziewałam,
lektura traktuje o początkach istnienia Orlego Grodu. Mówi o
Szklanej Wieży, której twórczynią była Józefina, a tajemnicę z
nią związaną zabrała do grobu, kiedy niefortunnie spadła ze
skarpy. Miała już przygotowane barwy Zakonu: srebro i fiolet.
Przemieniała się w łabędzia, a więc to było jej zwierzę, a z
roślin wybrała fiołki. W księdze widnieje ładny rysunek
przedstawiający herb jej Zakonu. Ciekawe, czy jego odpowiednik
znajduje się gdzieś w podziemiach ostatniej, nieużywanej wieży
Orlego Grodu?
Ale moje myśli głównie zaprząta Szklana Wieża.
Czym jest i dlaczego nikt nie odkrył jej tajemnicy od tylu lat? Co
takiego Józefina tam ukryła? I przede wszystkim, skoro była
animagiem, który przemieniał się w łabędzia, jak mogła zginąć, spadając z urwiska? Nie mogła się przemienić, albo teleportować? Umarła niemalże mugolską śmiercią. To wręcz niepoważne.
Przerzucam kolejne strony księgi w poszukiwaniu odpowiedzi, ale te
znała jedynie Józefina. Stopniowo odkrywam, jak śmierć czarownicy
zmieniła jej ukochanego, Waleriusza, w posępnego i odrobinę
aroganckiego czarodzieja. Ani jego najlepszy przyjaciel, Emeryk, ani
mentorka, którą była dla niego Berenika, nie potrafili do niego
trafić. Co ta miłość potrafi zrobić z człowiekiem?
___________
No i mamy dwójeczkę, stosunkowo szybko, choć mniej szybko niż planowaliśmy. Wszystko jasne? Jakieś niedopowiedzenia? Jak Wam się podoba nasz Orli Gród?
S&S