sobota, 5 grudnia 2020

DWA. Orli Gród



Wergilia

W końcu nadszedł ten upragniony dzień. Stoję obok Doriana na peronie i czekam na pociąg, który odwiezie nas niemalże do samych stóp Orlej Góry. Rodzice niestety nie mogli nas pożegnać, bo mieli coś do załatwienia. Oczywiście nie zdziwiło mnie to ani trochę. Tak samo, jak ich chłód, kiedy się ze mną rozstawali. Dorian za to został obsypany przez nich komplementami i dobrymi radami, co połechtało tylko jego ego.
Mój brat ściska mój nadgarstek i uśmiecha się do mnie odrobinę wyniośle.
- Gdzie się podział twój uroczy uśmiech? - pyta.
Pokazuję mu odrobinę przerysowany grymas, który ma udawać uśmiech. Wywraca tylko oczami i zauważa jakichś swoich kolegów z Bodzentyna.
- Później cię znajdę, dobrze? - Całuje mnie w czoło i odchodzi.
Zachowuje się tak… a przecież to ja jestem tą starszą. Rozglądam się dyskretnie, aby upewnić się, że nie ma w pobliżu nikogo znajomego i znikam w tłumie uczniów pchających się do pociągu. 
Stosunkowo szybko znajduję wolny przedział, gdzie zajmuję miejsce pod oknem. Po jakiś czasie drzwi na sekundę się otwierają, a mój wzrok napotyka wzrok Racibora. Chłopak szybko zatrzaskuje je i oznajmia swoim towarzyszom, że ten przedział jest pełny. Lepiej dla tego zdrajcy krwi. Nie mija dziesięć minut, kiedy ktoś ponownie mnie niepokoi. Do środka wsuwa się wysoka dziewczyna o rudych włosach, upiętych w niedbałe koczki tuż nad skroniami. Lustruje mnie chwilę jasnoniebieskimi oczami. Na jej nosie można zauważyć kilka drobnych piegów.
- Romana Galińska. - Wyciąga w moim kierunku dłoń.
Jest ode mnie starsza, od razu to widać. Może mieć teraz z piętnaście lub szesnaście lat, niedługo będzie pełnoletnia.
- Wergilia Niemira. - Witam ją uściskiem dłoni.
- Pierwszy rok? - pyta, częstując mnie Fasolkami Wszystkich Smaków.
Sięgam po jedną, fioletową, licząc na smak winogron, ale trafia mi się czerwona kapusta.
- Tak – odpowiadam krótko.
- Mnie zostały dwa lata – oznajmia Romana i krzywi się, zjadając jedną z fasolek.
Zerkam na jej prostą, lnianą sukienkę, z rozszerzającymi się rękawami. Dominującym jej kolorem jest brązowy, ale wykończenia są białe. Od razu widać, że została przydzielona do Zakonu Emeryka Brodatego.
Wyższa Szkoła Magii i Czarodziejstwa Orli Gród dzieli się na trzy zakony. Pierwszy utworzyła Berenika Założycielka. Stwierdziła jednak, że może nie podołać prowadzeniu szkoły w pojedynkę i znalazła dwoje czarodziei, którzy się do niej przyłączyli. Byli to, właśnie Emeryk Brodaty i Waleriusz Posępny. Moja cała rodzina od wieków trafiała do Zakonu tego ostatniego, jak większość pradawnych rodów czystej krwi.
Niedługo dostanę sukienkę o identycznym kroju, jedynie, miejmy nadzieję, w kolorze granatu i czerwieni.
- Tu jesteś, szukam cię po całym pociągu. - Drzwi otwierają się gwałtownie i do środka wpada dziewczyna o mocno romskiej urodzie.
Ma ciemniejszą karnację, a długie gęste, ciemnobrązowe włosy układają się grubymi falami na jej ramionach. W przeciągu kilku sekund jej energia niemalże wypełnia cały przedział. Siada obok Romy, spogląda na mnie pięknymi, ciemnobrązowymi oczami i uśmiecha się szeroko. Ona również należy do Zakonu Emeryka.
- Mirela Roza – przedstawia się dziewczyna i bez skrępowania porywa Romie jedną z fasolek.
- Wergilia Niemira – odpowiadam, po chwili milczenia, kiedy zaskoczenie mija.
Nie jestem przyzwyczajona do takich pokładów energii w moim najbliższym towarzystwie. Przez głowę przelatuje mi myśl, że Mirela na pewno nie spodobałaby się mojemu ojcu, co tylko sprawia, że mam ochotę bliżej ją poznać.
- Profesor Kabirski podobno znowu podniósł próg egzaminów i większość dziewczyn jest rozczarowana, że nie będzie mogła oglądać go przez dodatkową godzinę w tygodniu. Dobrze, że mam ocenę A z czarnoksięstwa. - Mirela szturcha Romanę łokciem.
A oznaczająca Ambitnie jest najwyższą możliwą do zdobycia oceną. Takie właśnie widnieją na moich Wstydach z eliksirów i czarnoksięstwa. Zaraz za nią jest S czyli Satysfakcjonująco. Kolejne jest W jak Wystarczająco. Dalej P – Przeciętnie, N- Nędznie i w końcu G – Głaz, jako skrót od tępy jak głaz.
- Ciekawe dlaczego to jedyny przedmiot, do którego się tak przykładasz? - Roma rzuca w dziewczynę fasolką.
- A ty, Wer, będziesz chodzić na fakultet z czarnoksięstwa? - Mirela wkłada sobie fasolkę do ust i uśmiecha z zadowoleniem. - Czekolada mleczna – wyjaśnia szybko.
- Tak – odpowiadam krótko zupełnie zaskoczona zdrobnieniem, które tak szybko nadała mi dziewczyna.
- Przygotuj się na najprzystojniejszego czarodzieja, jakiego widziałaś na oczy. - Mruga do mnie.
- Nie słuchaj jej – wtrąca Roma. - Może i jest atrakcyjny, ale lepiej mu nie podpaść. Można powiedzieć, że później jest mściwy. - Ponownie częstuje mnie łakociami.
Tym razem trafiam na czarne jagody. To już lepszy wybór.
- Czyli należy na niego uważać, tak? - upewniam się.
Obie potakują skinieniem głowy.
- W sumie, jeśli będzie chciał się do ciebie przyczepić, to zrobi to i tak. W sumie, on mało kogo lubi. - Nie pociesza mnie Romana.
- Dobrze, że już nie uczy eliksirów, jak dwa lata temu, bo z tego nie dałabym rady otrzymać A. - Mirela uśmiecha się szeroko.
Dziewczyna roztacza wokół siebie tak sympatyczną aurę, że nie potrafię odwzajemnić jej uśmiechu. A może ja po prostu pragnę atencji, której nie otrzymuję w domu.



Sława 

Pociąg, który wiezie nas gdzieś w okolice Kielc, gdzie znajduje się Orla Góra, na której zbudowano Orli Gród, jest marną podróbką tego, którym dostawałam się do szkoły przez ostatnie trzy lata. Na dodatek zatrzymuje się co kilkanaście minut. To w końcu pociąg, czy tramwaj?!
Wzdycham ciężko na myśl, że moi znajomi siedzą teraz w podobnym przedziale, ale setki kilometrów ode mnie i przeciwieństwie do mnie nie gnają ku nieznanemu.
Nie wiem w jakim stopniu mój sceptyzm spowodowany jest niepokojem przed nieznanym, ale naprawdę czuję, że w tym roku nie czeka mnie nic dobrego.
- Mogę się dosiąść? - Po kilku minutach podróży, do przedziału zagląda rudawy chłopak, który wydaje mi się znajomy. Chyba dostrzega moje wahanie, bo od razu dodaje - Spotkaliśmy się już. Tomir jestem.
- Ach tak, pamiętam. Staranowałam cię pod księgarnią - przypominam sobie. - Przepraszam za to.
- Nie ma sprawy. - Uśmiecha się. - To jak? Mogę wejść?
- Pewnie. - Odsuwam się, by zrobić mu więcej miejsca. Chłopak rozsiada się naprzeciw mnie, starannie układając swoje rzeczy i zapada niezręczna cisza.
- Więc jesteś z Londynu? - pyta nagle, a ja dopiero po sekundzie uświadamiam sobie, że nawiązuje do naszej poprzedniej wymiany zdań.
- Tak, ale potem przeprowadzałam się parę razy, aż w końcu trafiłam tutaj. Mój tata pracuje w Ministerstwie.
- O, mój też! Może się znają?
- Wątpię, tata nie był w Polsce prawie od 20 lat - ucinam rozmowę.
Tomir jednak nie daje za wygraną.
- Wiesz, do jakiego Zakonu chcesz trafić?
- Nawet nie wiem, jaki mam wybór. - Wzruszam ramionami, odrobinę tylko żałując, że nie słuchałam taty, gdy mi o tym opowiadał. - W poprzedniej szkole moją klasę wyróżniał zapał do nauki, sumienność, rozwaga i bystrość.
- Hmm... Tutaj podział wygląda chyba nieco inaczej niż ten, do którego przywykłaś - zauważa Tomir, a pociąg zatrzymuje się na kolejnej stacji. Przez okno widzę uczniów wsiadających, ale też wysiadających. - Choć według tego, co mówisz, powinnaś trafić do Zakonu Bereniki Założycielki. Jej uczniów wyróżnia bystrość i przebiegłość, a w herbie na lisa i rutę. Uczniowie noszą pomarańczowo-zielone szaty...
- Ugh, okropne zestawienie. - Krzywię się. - Mam nadzieję, że nie będę musiała tego nosić... a pozostałe Zakony? - pytam, bo chłopak opowiada naprawdę ciekawie.
Tomir uśmiecha się szeroko i przybliża mi zawiłości nauki w Orlim Grodzie. Opowiada o Emeryku Brodatym, który bierze pod swoje skrzydła silnych i odważnych oraz o Waleriuszu Posępnym, który mentoruje wytrwałym, stawiającym na pracę zespołową. Kiedy napomyka coś o tajemniczej Józefinie, pociąg staje po raz kolejny i zauważam wsiadające do niego dzieci, z pewnością młodsze ode mnie.
- Dlaczego on się cały czas zatrzymuje? - przerywam Tomirowi opowieść o Szklanej Wieży. - I co robią tutaj te dzieciaki?
- Cóż, dawniej był problem z transportem, nie każdy uczeń mógł dotrzeć na stację w Łodzi, skąd początkowo startował pociąg. Pojawiły się liczne opóźnienia i nauczyciele mieli dość tego, że uczniowie potrafili docierać do szkoły z tygodniowym niemal opóźnieniem.
Wywracam oczami na te słowa. W Anglii takie coś na pewno nie miałoby miejsca!
- Postanowiono więc, że w całym kraju utworzy się sieć stacji, a pociąg 1. września objeżdża je wszystkie i zbiera dzieci - kontynuuje Tomir.  - Zarówno te udające się do Orlego Grodu, jak i te uczęszczające do okolicznych Szkół Magii Elementarnej i rozwozi je po drodze. Na końcu udaje się do podnóża Orlej Góry, gdzie się właśnie udajemy... Choć nie - poprawia się zaraz - jeszcze ostatni przystanek, Bodzentyn.
- Czyli... już niedaleko? - upewniam się, a chłopak kiwa głową. - Opowiedz mi coś jeszcze. Skąd jesteś? Gdzie chodziłeś do szkoły?
- Chodziłem do SME w Kurozwękach, mijaliśmy je przed chwilą - odpowiada Tomir. - A mieszkam w okolicach Sandomierza. 
- To całkiem niedaleko mnie, tata kupił dom w okolicach Lublina... - Uśmiecham się, bo w sumie cieszę się, że mój prawie-kolega mieszka w promieniu kilkudziesięciu kilometrów ode mnie. 
- Grasz w quidditcha? - pyta mnie Tomir, a ja kręcę głową.
- Moja mama spadła z miotły jako młoda dziewczyna i mi nie pozwala - odpowiadam zgodnie z prawdą. Poza lekcjami latania, miotły dosiadłam tylko parę razy, gdy przyjaciele namówili mnie na towarzyski mecz w okrojonym składzie.
Właściwie... to tylko jeden przyjaciel był w stanie mnie do tego namówić.
Wzdycham ciężko, co od razu zwraca uwagę Tomira.
- Co się stało?
Waham się, ale postanawiam być z nim szczera.
- Tęsknię po prostu za moimi przyjaciółmi z Anglii. Boję się, że o mnie zapomną - wyjawiam swoje obawy.
- Jeśli zapomną o takiej fajnej dziewczynie jak ty, to nie byli dobrymi przyjaciółmi - oburza się Tomir, a mnie robi się od razu jakoś raźniej. - Zresztą, może warto poszukać nowych przyjaciół? Tutaj? - Zerka na mnie z ukosa.
Nie odpowiadam, bo pociąg zatrzymuje się, a sądząc po odgłosach na korytarzu to już ostateczny przystanek. Bierzemy z Tomirem swoje rzeczy i wychodzimy na peron, gdzie już tłoczą się uczniowie. Pierwszorocznych łatwo poznać po jasnych, lnianych szatach, które nie noszą jeszcze kolorów Zakonu, do którego ich przydzielono. Szaty magicznie zmieniają kolor po przydziale. Tak przynajmniej twierdzi Tomir.
- Dokąd teraz? - pytam go szeptem, próbując wypatrzeć coś w tłumie uczniów.
Ponad nami wznosi się samotna góra o obłym kształcie, jakby wygładzona przez czas setek lat. Z jednej strony widnieje jedynie formacja skalna, która przy odrobinie wyobraźni może przypominać orli dziób. W tamtym kierunku też zmierzają uczniowie.
- W tych skałach znajduje się grota, w której są kominki bezpośrednio połączone ze szkołą. Zamek znajduje się na szczycie, ale jest niewidoczny z dołu. - Tomir łapie mnie za łokieć, by tłum nas nie rozdzielił. - Podobnie jak cała góra skryta jest przed oczami mugoli. Dlatego myślą, że to Łysica jest najwyższą górą w tym paśmie.  Cóż, trochę ich omija, nie sądzisz?
Wzruszam ramionami, bo naszym oczom ukazuje się grota u stóp potężnej orlej skały. Z tej perspektywy naprawdę wygląda jak jakiś drapieżny ptak. Tłum uczniów formuje się powoli w coś kształt kolejki, a nawet dwóch kolejek. Jedną tworzą starsi uczniowie, rozpoznawalni poprzez kolorowe szaty, drugą nowi uczniowie, ustawiający się do paleniska po lewej stronie.
Tomir staje za moimi plecami i krok po kroku zbliżamy się do wielkiej misy z proszkiem Fruu, którego pilnuje dość groźnie wyglądający ptak, witający kolejnych uczniów skrzekliwym kraknięciem.
- Sprawdza, czy ktoś niepożądany nie próbuje się dostać do szkoły - szepcze mi do ucha Tomir, gdy od misy dzielą mnie trzy osoby.
- A tamten kominek? - pytam, wskazując palenisko na środku. Po prawej kolejka wciąż nie maleje, uczniów jest w końcu trzy razy więcej.
Dwie osoby.
- Ten jest dla nauczycieli i gości - odpowiada Tomir.
Jedna osoba.
Potakuję, biorę głęboki oddech i podchodzę do misy z duszą na ramieniu, bo nachodzi mnie straszna myśl, że ptaszysko wyczuje moją obawę, że tutaj nie pasuje i nie dopuści mnie do paleniska.
- Kraaa...! - skrzeczy przeraźliwie, gdy sięgam po garść proszku, ale nic niepokojącego poza tym się nie dzieje. Podchodzę do osmalonych kamieni ułożonych w krąg i nagle dociera do mnie, że nie wiem, co powiedzieć. Szkoła? Orli Gród?
Rzucam przerażone spojrzenie na Tomira, który bezgłośnie pokazuje mi, że mam po prostu rzucić proszek pod stopy.
Wykonuję jego polecenie i otwiera pięść, a zielony ogień pochłania mnie, nie czyniąc mi krzywdy.



Wergilia

Uczniowie starszych klas rozchodzą się do trzech sporych rozmiarów, kwadratowych stołów. Po jednym dla każdego Zakonu. W rogu stoi jeszcze jeden, pusty. Mało kto pamięta, że Zakony miały być pierwotnie cztery, ale to teraz zupełnie nieistotne. 
Uczniowie pierwszej klasy, wśród których jestem, stoją w parach przed całą kadrą nauczycielską. Akt Pasowania, podczas którego dostaje się przydział do Zakonu jest prowadzony przez wszystkich profesorów. Wychodzą oni pojedynczo na podwyższenie, siadają na jednym z dwóch, obitych złotym atłasem foteli i czekają, aż Zaczarowana Przypinka, pamiątka po Berenice Założycielce, wybierze z listy nowych uczniów nazwisko. Wybrany uczeń podchodzi i siada na drugim krześle, a później odbywa się Pasowanie, podczas którego, profesor w jego umyśle rozgrywa trzy zadania. Każde sprawdza inne przymioty, które cenił dany założyciel Zakonu. Na koniec to Zaczarowana Przypinka, nie nauczyciel, decyduje o przydziale. Pierwszy nauczyciel ma lekko rudawe blond włosy i sympatyczną aparycję. Przygląda się chwilę pergaminowi i nazwisku, które wskazała Przypinka.
- Wergilia Niemira – wyczytuje na głos.
Czuję, jak chłód oblewa całe moje ciało. Robię pierwszy odrętwiały krok, a reszta przychodzi już automatycznie. Czuję, że wzrok wszystkich skierowany jest na mnie. Kiedy mijam Doriana ten lekko się do mnie uśmiecha, ale to uniesione kciuki Romy i Mireli dodają mi otuchy. 
Siadam na krześle, które okazuje się wyjątkowo miękkie. Profesor uśmiecha się do mnie i wyjmuje swoją różdżkę. Uspokajam się i rozluźniam, nie mogą mi przecież zrobić krzywdy, nawet jeśli będą grzebać w moim umyśle. Widzę, że nauczyciel wymawia zaklęcie, ale nic nie słysz, poza szumem w uszach. Przygotowuję się, ale nic się nie dzieje. Zupełnie nic. Spoglądam zdezorientowana na profesora, który marszczy czoło. Ponownie rzuca zaklęcie i ponowie nic nie następuje.
- Nie jestem w stanie wniknąć do jej umysłu – mówi w końcu nauczyciel.
Podchodzi do niego dyrektor, który jest stosunkowo niski, ale postawny. Jego krótko ścięte siwe włosy, poprzetykane są pojedynczymi czarnymi pasmami. Brodę ma elegancko przyciętą. Informuje o czymś szeptem nauczyciela, który miał mnie egzaminować, a ten podnosi się i zwalnia miejsce.
- Pozwolisz, moja droga, że twoim pasowaniem zajmie się profesor, który naucza czarnoksięstwa, dobrze? - zwraca się do mnie dyrektor, a ja przytakuję.
Już rozumiem, dlaczego Mirela była tak zachwycona nauczycielem czarnoksięstwa. Profesor Kabirski jest wysokim brunetem, a jego oczy są intensywnie zielone. Delikatny zarost dodaje mu uroku. Siada przede mną i mierzy mnie zimnym spojrzeniem. Chyba właśnie udało mi się mu podpaść, a jeszcze nawet nie zaczęłam zajęć. 
Tym razem, po wypowiedzeniu przez nauczyciela zaklęcia mój umysł się otwiera. Przenoszę się jakby do niedużego salonu z miękkim, bladoróżowym dywanem. Przede mną stoi sporych rozmiarów wilkołak, szczerzy na mnie zęby, z których kapie krew. Dywan powoli zabarwia się na kolor szkarłatu. Bestia jest o wiele większa, niż ta, która zaatakowała Doriana. Wyjmuję różdżkę z kieszeni spodni i niemalże bezgłośnie wymawiam zaklęcie. Wiem, że brawura na nic się w takiej sytuacji nie zda, więc najzwyczajniej w świecie teleportuję się w inne miejsce. Ląduję miękko na środku Zaczarowanych Rozdroży. Przede mną roztacza się widok na otaczające je pola. Jedno mrugnięcie i stoję na szczycie ogromnej lodowej góry. Wszędzie dookoła widać tylko padający śnieg i mgłę.
- Musisz wydostać się z tego położenia, bez użycia różdżki, co zrobisz, Niemira?- Zewsząd rozchodzi się głos profesora. Jest bezbarwny, pozbawiony emocji.
Chwilę analizuję sytuację. Zamykam oczy i pomiędzy powiewami wiatru wyłapuję coś zupełnie innego. Szum skrzydeł. Otwieram oczy, ale niczego nie widzę. Nachylam się ku zboczu, a szum wydaje mi się głośniejszy. Zaciskam zęby i skaczę w tamtym kierunku. Nie spadam jednak, jak można się spodziewać, a ląduję miękko na czyimś grzbiecie. Podejrzewam, że jest to testral, skoro nie mogę go zobaczyć. Zwierzę zanosi mnie na swoim grzbiecie na środek zamarzniętego jeziora. Pod jego gładką taflą widzę spokojną twarz Doriana. Sięgam po różdżkę, ale nie mam jej. Wpadam w lekką panikę, mimo iż wiem, że to tylko test. Przykładam dłonie do tafli, a ta bez udziału woli, bez różdżki pęka, a ja spadam w dół. Ląduję w komnacie pełnej luster. 
Zaraz, zaraz próby powinny już dobiec końca. 
Obracam się. Każde odbicie jest, jakby jednym ze wspomnień. Profesor Kabirski próbuje grzebać w mojej głowie, w mojej pamięci. W jednym z luster miga mi nieznana blondwłosa kobieta. Zamykam oczy i czyszczę umysł. Sprawiam, że jest jedynie białą kartką papieru, pustą i niezapisaną. 
Otwieram oczy i ponownie siedzę na krześle, na środku jadalni w Orlim Grodzie. Nauczyciel czarnoksięstwa patrzy na mnie z czymś na kształt wyrzutu i zaskoczenia. Zaczarowana Przypinka chwilę krąży po sali. Ułatwia jej to fakt, że wyobraża ona kolibra, więc srebrne skrzydła poruszają się szybko z cichym brzęczeniem. Trwa to chwilę, podczas której magiczny ptak ląduje kilka razy na pustym stole, aż w końcu wskazuje mi Zakon Waleriusza Posępnego, tak jak tego pragnęłam. Ale czy na pewno? Przez ułamek sekundy żałuję, że nie trafiłam tam, gdzie Roma i Mirela.




Sława

Po uczcie jestem potwornie... głodna. Składają się na to głównie dwa czynniki. Pierwszy to fakt, że nadal nie przywykłam do polskiej kuchni i na stole nie znalazło się zbyt wiele rzeczy, które byłam w stanie przełknąć. Dlaczego w tym kraju podawanie zepsutego jedzenia uznaje się za coś naturalnego?!
Nawet moje próby zmiany smaku jedzenia za pomocą zaklęcia na niewiele się zdały, choć zaklęcia zawsze były moją mocną stronę. Tym razem jednak poległam - nic nie było w stanie przezwyciężyć tych okropnych smaków i zapachów.
Drugi powód był znacznie poważniejszy. Próby, którym mnie poddano, kompletnie pozbawiły mnie sił i apetytu. Przypinka jednak uznała, że po tym makabrycznym teście bez wątpienia jestem godna przystąpienia do Zakonu Bereniki Założycielki, co nie umknęło oczywiście uwadze Tomira, który właśnie dogania mnie na schodach.
- Miałem rację. Urodzona lisica z ciebie! - woła niby z siebie zadowolony, w jego głosie jest jednak jakaś niepewność. 
Bardzo długo trwało, nim dołączył do nas w komnacie kominkowej, do której przeniósł mnie proszek Fruu. W komnacie obecni byli jedynie pierwszoroczni, reszta szkoły musiała trafić do innego pomieszczenia lub bezpośrednio do jadalni, gdzie miał nastąpić Akt Pasowania.
- Czemu tak długo cię nie było? - pytam, gdy wchodzimy do czegoś co jest chyba salonem Zakonu Bereniki. Mnóstwo tu lisów i ruty we wszystkich możliwych kombinacjach.
- Strażnik miał jakieś obiekcje... - Tomir wzrusza ramionami. - Musieli wezwać jakiegoś nauczyciela, chyba wicedyrektora, żeby rozwiązać problem. 
- Ale dlaczego? - dziwię się. - Czemu miałby cię nie wpuścić? Przecież jesteś czarodziejem i nie masz niecnych zamiarów...
- Ja... - Tomir zagryza wargę, jakby chciał mi coś wyznać, ale najwyraźniej jeszcze za mało się znamy. - Opowiesz mi o swoich próbach? Nadal wyglądasz na wstrząśniętą, może pomoże ci, jeśli się tym z kimś podzielisz? - sugeruje, poklepując obok siebie miejsce na kanapie przy kominku. Dookoła kręci się kilku starszych uczniów, reszta poznikała w swoich sypialniach, by rozpakować kufry, które już tam na nas powinny czekać.
Biorę głęboki oddech, bo nie jestem pewna, czy ponowne przywołanie tych strasznych wizji mi pomoże.
- Okej... Po pierwsze, grzebanie w naszych umysłach uważam za poważne pogwałcenie naszej prywatności, ale mniejsza o to. Nauczyciel, który mnie egzaminował pozostawił mnie w środku kamiennego labiryntu. Było w nim zupełnie ciemno, a ja nie miałam różdżki. Kazał znaleźć mi wyjście i dodał, że wszystkie zadania mam wykonać bez użycia magii.
- Dziwne... Choć w sumie test nie ma oceniać naszych zdolności magicznych - zauważa Tomir. - I co zrobiłaś?
Wzruszam ramionami.
- To proste. Dotknęłam prawą ręką ściany i po prostu szłam, aż doszłam do wyjścia. Trochę to trwało, jakby chciała mnie zniechęcić i zmusić do czegoś innego, ale to najpewniejszy sposób na wyjście z labiryntu. I przede wszystkim - stuprocentowo skuteczny.
- A jeśli labirynt by się zmieniał?
Kurde, nie pomyślałam o tym.
- To musiałabym wymyślić coś innego.
- Na razie nie brzmi źle, wykazałaś się bystrością i wytrwałością, to fakt. Co dalej? - pyta z zainteresowaniem Tomir.
- Po wyjściu z labiryntu znalazłam się w ciemnym lesie, ale czekał tam na mnie... - zawieszam głos. Tomir marszczy brwi zaskoczony przerwą, dodaję więc niepewnie. - ...stary przyjaciel. Dookoła było słychać krążące dzikie zwierzęta. Wiedziałam, że musimy je zgubić i znaleźć bezpieczne schronienie. - Na samą myśl, aż wstrząsa mną dreszcz. - Natarliśmy się błotem i wytarzaliśmy w mchu, by nie wyczuły naszego zapachu. Potem ruszyliśmy strumieniem, by zmylić trop, staraliśmy się ustawić odpowiednio do wiatru i nie hałasować.
- Jesteś pewna, że twój tata nie jest myśliwym? - upewnia się Tomir, ja jednak kręcę głową.
- Moja mama pracuje jako auror. Nauczyła mnie paru sztuczek, jak unikać zagrożenia - wyjaśniam, nim wracam do opowieści. - To jednak nie wystarczyło. Pogoń deptała nam po piętach. Musiałam podjąć ciężką decyzję. Bardzo nie chciałam go opuszczać, ale jedynym wyjściem było się rozdzielić. - Biorę głęboki oddech. To jeszcze nie było najgorsze. - Myślałam, że pogoń ruszy za mną, w końcu to była moja próba, ale zwierzęta ruszyły za moim przyjacielem, a ja znalazłam bezpieczne schronienie w jakiejś chatce.
- To zadanie miało zbadać twoją przebiegłość i współpracę, myślę, że dobrze sobie poradziłaś... - pociesza mnie Tomir. - Choć przyznam, pierwsze słyszę, by zadania łączyły w sobie cechy dwóch Zakonów. Dziwne. Ale przecież tak naprawdę mogło chodzić w nich o coś zupełnie innego. A co było potem, Sława? To ostatnie zadanie tak tobą wstrząsnęło?
Potakuję niechętnie. Długo zbieram się, by opowiedzieć mu o ostatnim teście. Tym najgorszym, najbardziej brutalnym. Pod każdym względem.
- Potem... rozpętała się burza. Nie wiedziałam co robić, czy to nadal drugie zadanie i powinnam czekać w kryjówce, aż się skończy, czy też już następne, ale jeszcze nie odkryłam jego celu. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł postawny brodaty mężczyzna, ciągnąc za sobą mojego przyjaciela. Dał mi do ręki nóż i wybór. Jeśli będę z nim walczyć i wygram, pozwoli nam odejść. Jeśli przegram, zabije jedno z nas. - Czuję jak głos zamiera mi w zaschniętym nagle gardle, jakby potworne ultimatum nie umiało mi przejść przez usta. Czuję, jak Tomir zaciska dłoń na mojej dłoni. Biorę głęboki oddech i dokańczam. - Mogłam też zrezygnować z walki i sama dokonać wyboru, które z nas ma przeżyć. W razie odmowy mężczyzna miał zabić nas oboje.
- I co zrobiłaś? - wyszeptał Tomir.
- Ja... wiedziałam, że nie poradzę sobie z nim w walce. Nie mogłam ryzykować, że zabije mojego przyjaciela. Nie mogłam też odmówić podjęcia decyzji. Musiałam wybrać pomiędzy jego życiem, a swoim i... - Nie wytrzymuję i zaczynam szlochać. Zimny metal wbijający się w moje serce wydawał się tak prawdziwy, że wciąż czułam jego dotyk. Jakby kawałek tego ostrza już na zawsze utknął w moim sercu.
Tomir obejmuje mnie niespodziewanie i pozwala wypłakać w swoje ramię.
- Ten twój przyjaciel... - zagaja po chwili. - Nie był dla ciebie tylko przyjacielem, prawda?
Nie odpowiadam. Wiem, że nie muszę.
Gdy się już uspokajam i ocieram łzy, by zmienić temat, pytam chłopaka o jego test. Ten uśmiecha się niepewnie i kręci głową.
- Późno już, a to też nie było nic przyjemnego. Opowiem ci jutro, idźmy lepiej spać. Miałaś dziś dużo wrażeni. - Uśmiecha się późno. - To ostatnie zadanie... Wymagało od ciebie niemało odwagi, Sławo. Jesteś bardzo dzielna, wiesz?
Uśmiecham się do niego lekko i pokierowana przez starszego kolegę udaję się do swojej sypialni. Dwa z trzech łóżek są już zajęte, tylko to po prawej jest wolne. Moje współlokatorki chyba już śpią, dopiero jutro będę mieć okazję je poznać.
Kładę się na materacu i niemal od razu zapadam w nieco niespokojny sen.



Wergilia

Sypialnia, do której trafiam, jest przeznaczona dla trzech osób, jednak na razie zajmuję ją jedynie ja. Przydziały do Zakonów często są niespodziewane, jeśli chodzi o ilość uczniów trafiających do nich. 
Rozglądam się po niewielkim pomieszczeniu. Trzy łóżka z rzeźbionymi w maki kolumienkami, zwieńczonymi rzeźbami wilków. Waleriusz Posępny przybierał postać właśnie tego zwierzęcia. Był samotnikiem, zupełnie jak ja zazwyczaj. Na jednym z łóżek leży zestaw idealnie złożonych lnianych sukienek w barwach granatu i czerwieni. Obok gruby zimowy płaszcz z kapturem, również w barwach mojego Zakonu. Do tego dwie pary butów zimowych i dwie takich na cieplejsze miesiące oraz para rękawiczek. 
Wychodzę z sypialni i kręconymi schodami schodzę z wieży, aż do lochów, gdzie znajduje się Salon Wspólny Zakonu Waleriusza Posępnego. Nad kominkiem wisi ogromny portret tego potężnego czarodzieja. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mimo wszystko przypomina mi nauczyciela czarnoksięstwa. Kiedy tylko siadam na jednej z wygodnych, granatowych puf, podchodzi do mnie Dorian. Uśmiecha się z wyższością, jak tylko on potrafi i siada obok.
- Co się stało, Gili, podczas Aktu Pasowania? - pyta, zakładając mi opiekuńczym gestem włosy za ucho.
Martwi się. Nie wiem tylko, czy o mnie, czy raczej mną.
- Nie wiem, ten pierwszy profesor nie potrafił wniknąć w mój umysł – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Widocznie był zbyt słaby dla takiej wspaniałej czarownicy, jak moja siostra – oznajmia tak, jakby się mną chwalił.
Wzruszam ramionami, bo co niby mam mu odpowiedzieć?
- Byłaś u mnie, w ostatnim zadaniu. Słyszałem twój głos zza zasypanej kamieniami jaskini. Nie miałem różdżki, musiałem wszystkie te kamienie przerzucić używając do tego tylko siły moich rąk. Ale byłem wytrwały i na końcu cię uratowałem. - Całuje mnie w czoło i odchodzi do swoich kolegów.
Widzę, jak żeńska część Zakonu niemalże wzdycha na jego widok. Uspokajam się, bo dociera do mnie, że mimo wszystko Dorian to jedyna całkowicie stała osoba w moim życiu. Jedyna, która nigdy nie da mnie skrzywdzić, tego mogę być pewna. 
Odrywam wzrok od brata i sięgam do niskiej półki, która stoi obok. Zdejmuję z jej blatu jedną z książek i otwieram ją. Tak, jak się spodziewałam, lektura traktuje o początkach istnienia Orlego Grodu. Mówi o Szklanej Wieży, której twórczynią była Józefina, a tajemnicę z nią związaną zabrała do grobu, kiedy niefortunnie spadła ze skarpy. Miała już przygotowane barwy Zakonu: srebro i fiolet. Przemieniała się w łabędzia, a więc to było jej zwierzę, a z roślin wybrała fiołki. W księdze widnieje ładny rysunek przedstawiający herb jej Zakonu. Ciekawe, czy jego odpowiednik znajduje się gdzieś w podziemiach ostatniej, nieużywanej wieży Orlego Grodu?
Ale moje myśli głównie zaprząta Szklana Wieża. Czym jest i dlaczego nikt nie odkrył jej tajemnicy od tylu lat? Co takiego Józefina tam ukryła? I przede wszystkim, skoro była animagiem, który przemieniał się w łabędzia, jak mogła zginąć, spadając z urwiska? Nie mogła się przemienić, albo teleportować? Umarła niemalże mugolską śmiercią. To wręcz niepoważne. 
Przerzucam kolejne strony księgi w poszukiwaniu odpowiedzi, ale te znała jedynie Józefina. Stopniowo odkrywam, jak śmierć czarownicy zmieniła jej ukochanego, Waleriusza, w posępnego i odrobinę aroganckiego czarodzieja. Ani jego najlepszy przyjaciel, Emeryk, ani mentorka, którą była dla niego Berenika, nie potrafili do niego trafić. Co ta miłość potrafi zrobić z człowiekiem? 

___________
No i  mamy dwójeczkę, stosunkowo szybko, choć mniej szybko niż planowaliśmy. Wszystko jasne? Jakieś niedopowiedzenia? Jak Wam się podoba nasz Orli Gród?
S&S

sobota, 14 listopada 2020

JEDEN. Zaczarowane Rozdroża


Wergilia

Minęły dwa miesiące od dnia, w którym wilkołak zaatakował Doriana. Został tydzień do nowego roku szkolnego. Nie mogę się doczekać nowej szkoły ale jednocześnie się martwię. Dorian odzyskał swoją zwykłą pewność swojej wyższości, kiedy tylko rany się zagoiły. Wtedy też potwierdziło się, że klątwa na niego nie przeszła. A ja spokojnie mogłam wrócić do swojej strefy komfortu. Niełatwo być siostrą Doriana Niemira, a jeszcze trudniej być jego siostrą "bliźniaczką". To, że dzieli nas dziesięć miesięcy różnicy nie zmienia faktu, że ludzie postrzegają nas jako bliźnięta. Może to wina naszej niemalże identycznej aparycji?
Rodzice mieli coś do zrobienia, jak zwykle, więc dali nam pieniądze na szkolne zakupy i odesłali na Zaczarowane Rozdroża. To miejsce ma w sobie coś niezwykłego. Pełno tutaj kolorowych namiotów, jak na jakimś mugolskim targowisku, a każdy barwniejszy od pozostałych. Z zewnątrz wyglądają na drobne i ciasne, ale jedynie prawdziwi mugole daliby się na to nabrać.
Dorian trzyma dłoń na moim nadgarstku i prowadzi mnie do złoto-czarnego namiotu, którego szyldem jest najnowszy model miotły wyścigowej, Gwiezdna Kometa. Lubię latać na miotle, czuć ten dreszcz podniecenia, kiedy człowiek oddala się od powierzchni ziemi. Wtedy mogę być naprawdę sobą, nie muszę nikogo udawać, z nikim nie muszę się liczyć. Mam nadzieję, że zostanę przyjęta do drużyny Quidditcha, jak w poprzedniej szkole. Oczywiście jako ścigająca, bo szukającym powinien być Dorian z jego refleksem i chłodną obojętnością. Mnie zwykle ponoszą emocje, podczas gdy mój brat jest bardziej opanowany. Ojciec twierdzi, że to wina tego, że jestem dziewczyną. Jego zdaniem nie potrafimy zbyt wiele poza histeryzowaniem.
Siwobrody czarodziej, Eustachy Bogucki, który w młodzieńczych latach był jednym z najlepszych szukających na świecie, wita nas z uśmiechem.
- Coś się spodziewałem, że was tutaj spotkam - oznajmia, mrużąc oczy.
Staram się nie patrzeć na jego sztuczną, drewnianą nogę. To był straszny wypadek, jeden z tragiczniejszych w historii polskiego Quidditcha. Szczęśliwie skończyło się tylko amputacją nogi, ale kariera Eustachego się skończyła, a świat o nim zapomniał.
- Ojciec nie pozwoliłby latać nam w nowej szkole na zeszłorocznym modelu - oznajmia Dorian z lekką wyższością.
Prawidłowo, niech ludzie sobie nie myślą, że są nam równi.
- Tak właśnie pomyślałem i przygotowałem już dla was dwa egzemplarze. - Mężczyzna odwraca się, stukając drewnem o posadzkę.
Spoglądam w dół na kafelki, czarne ozdobione złotymi zniczami, każdy wygląda inaczej. Dorian ściska mój nadgarstek. Podnoszę na niego wzrok. Blizny ostro odcinają się od jego bladej skóry. Uśmiecha się lekko złośliwie z tą pewnością siebie, której trochę mu zazdroszczę.
- Uśmiechnij się - prosi. - Będziesz gwiazdą nowej szkoły. Każdy chce przyjaźnić się z kimś takim jak my.
Posyłam mu szczery uśmiech, chociaż wiem, że tak nie będzie. Bycie gwiazdą jest dla niego, nie dla mnie. Ale wiem też, że mój brat nie da mnie skrzywdzić, a dobrze mieć kogoś takiego.
- Proszę bardzo. - Wraca Eustachy i podaje nam dwie zapakowane, nowiutkie miotły.
Dorian płaci trochę więcej, aby podkreślić wyższość naszego rodu. Możemy sobie przecież na to pozwolić. Wychodzimy i rozdzielamy się. Ja udaje się do namiotu księgarnianego, gdzie mam zamiar kupić zestaw ksiąg według listy, zarówno dla siebie, jak i dla Doriana. Mój brat natomiast udaje się, aby zdobyć składniki niezbędne na moje lekcje eliksirów, bo Dorian nie wybrał tego fakultetu. Wchodzę do namiotu, którego ściany ciasno pokryte są drobnym drukiem. Tekst zmienia się co kilkanaście minut. Środek jest przestronny, wyłożony dębowym drewnem. Wszędzie pełno półek, które aż uginają się pod ciężarem ksiąg. Wciągam do płuc ten charakterystyczny zapach i ruszam w poszukiwaniu podręczników. Zza jednej z półek wychodzi dwoje braci, a jeden trąca mnie łokciem. Bracia Dębińscy, zdrajcy krwi lubujący się w towarzystwie szlam i… zapewne mugoli.
- Uważaj, kogo dotykasz. Dotykanie lepszych od siebie nie sprawi, że ty też taki się staniesz – rzucam chłodno.
Racibor, starszy ode mnie o dwa lata, ten, który mnie trącił, odwraca się. Jasnobrązowe włosy jak zwykle ma w nieładzie. Na moje nieszczęście przez rok uczęszczał z bratem do mojej szkoły pierwszego stopnia, nim zrozumieli, że to nie miejsce dla takich śmieci jak oni. Racibor uśmiecha się złośliwie i odchodzi bez słowa. Jego brat, Gniewomir, rok starszy ode mnie, nie ma na tyle samozaparcia.
- Masz racje, jeszcze zarazimy się czymś okropnym... jak zbyt wielkim mniemaniem o sobie – odpowiada.
- Raczej inteligencją, ale dla was nie ma już ratunku. - Ton mojego głosu jest lodowaty.
Nie pozwolę, aby taki śmieć chociażby myślał, że może się do mnie zwracać w taki sposób. Takie wybryki natury, które nie szanują swojej krwi, swojego pochodzenia, powinno się izolować.
Gniewomir uśmiecha się lekko złośliwie i odchodzi bez słowa. Co za…
- Tutaj jesteś. - Dorian łapie mnie za łokieć. - Od początku wiedziałem, że jak pozwolę ci iść do księgarni to nie przyjdziesz o umówionej porze. - Mój brat wywraca oczami.
Ojciec mawia, że to kolejna przywara charakterystyczna dla kobiet, nigdy nie jesteśmy w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Może to niewdzięczne, w końcu wszystko co mam, jest zasługą ojca, ale cieszę się, że nie ma go teraz z nami. Płacimy za książki i wychodzimy z namiotu. Widzę stąd sklep, w którym w wieku jedenastu lat kupiłam różdżkę. Ojciec nie chciał słyszeć o tym, że mielibyśmy je kupić w namiocie prowadzonym przez jego brata. Byłego brata dla ścisłości. Miłobor Niemira został wykluczony z rodu, kiedy wyszedł na jaw jego krótki romans z mugolaczką. Obrzydliwa praktyka nie pozostała bez kary. Dlatego właśnie kupiliśmy z Dorianem różdżki w objazdowym sklepie jakiegoś rosyjskiego czarodzieja. Właśnie dlatego trafiłam na taki nietypowy rdzeń jak włos z ogona testrala.



Sława

Rozpoczęcie roku szkolnego zbliża się wielkimi krokami. Ja jednak wiem, że to nie będzie to samo. Już teraz tęsknię za poprzednią szkołą – za przyjaciółmi, nauczycielami, nawet za okropnie trudnymi testami.
Że też mój tata musiał dostać ofertę pracy w Polskim Ministerstwie Magii. Wiem, że stąd pochodzi, ale czy mama nie mogła go jakoś namówić do pozostania? Całe to „poznawanie korzeni” mnie nie przekonywało. I tak byłam dwujęzycznym dzieckiem, tata dbał o to, by w domu mówiło się i po polsku, i po angielsku. Ale to w Londynie był mój dom, nie tutaj.
- Sława, masz listę? - Mama uśmiecha się do mnie łagodnie. Sposób, w jaki wymawia moje imię jest uroczy. Polskie głoski sprawiają jej trudność i zawsze lekko przeciąga „ł”, starając się wypowiedzieć je dokładnie.
Potakuję i raz jeszcze przenoszę wzrok na kawałek pergaminu. Lista podręczników i niezbędnego wyposażenia wydaje się niewiele różnić o tej, jaką otrzymywałam co roku w poprzedniej szkole. Zdaje się, że zakres materiału nie będzie odmienny od tego, czego uczyć się będą moi przyjaciele w Anglii. Jedyną znaczącą różnicą jest to, że w Polsce w szkole drugiego stopnia uczono czarnoksięstwa, a przedmioty nosiły jakieś dziwne, wydumane nazwy.
Wzdrygam się na samą myśl, że ktoś mógłby chcieć uczyć się takich okropnych rzeczy. Czarna magia to coś strasznego i czyni wiele zła na świecie. Moja mama widziała to na własne oczy…
- Wszystko w porządku, kochanie? - Tata wyrywa mnie z zamyślenia. - Musimy już iść.
- Wiem, po prostu się zamyśliłam, tato – odpowiadam. - Załatwmy to szybko.
- Jedźcie sami, ja zostanę i popracuję nieco nad klimatem naszego nowego domu. - Mama uśmiecha się ciepło i rzuca tacie porozumiewawcze spojrzenie.
Podchodzę z tatą do kominka, który jeszcze jest nieco zakurzony, ale zapewne za sprawą mamy już wkrótce odzyska pełną świetność. Tata jednym ruchem różdżki zapala ogień, a ja biorę garść proszku do ręki.
- Polecimy razem. To w końcu twój pierwszy raz. - Tata powstrzymuje mnie gestem, sam również sięga do misy po Proszek Fiuu - czy też, jak nazywano to tutaj – Proszek Fruu, łapie mnie za rękę i wchodzi ze mną do kominka.
To również coś innego, niż to, co znam. W Anglii tylko kominki były podłączone do sieci Fiuu. Tutaj można było podróżować między dowolnymi paleniskami, więc za jednym razem mogło lecieć kilka osób, jeśli tylko użyto odpowiednią ilość proszku.
Jeśli było go za mało… cóż. Nie chcecie wiedzieć.
- Na Zaczarowane Rozdroża! - woła tata i jednocześnie wypuszczamy garść proszku z ręki.
Co to w ogóle za miejsce? Już tęsknię za starą, dobrą Pokątną…
Zielony płomień wypluwa nas na otwartej przestrzeni, mrużę więc oczy, nim te przyzwyczajają się do światła letniego, słonecznego popołudnia. Tata pomaga otrzepać mi szatę, a ja rozglądam się po okolicy, gdy wychodzimy z ogromnego paleniska o średnicy kilku metrów (swoją drogą, system metryczny też jest do bani). Znajduje się ono centralnie pomiędzy licznymi wielobarwnymi namiotami, a nieopodal widać dwie szerokie krzyżujące się drogi. Dookoła nie widać nic poza polami i łagodnymi pagórkami.
Totalne odludzie. Wiedziałam, że miejsce, do którego się przeprowadzamy to wiocha, ale nie sądziłam, że aż taka.
- Dawno mnie tutaj nie było. - Tata uśmiecha się nostalgicznie i obejmuje mnie ramieniem. - Chodź, Sławo, pokażę ci wszystko. Daj listę, uwiniemy się szybko z zakupami i jak starczy nam czasu pójdziemy jeszcze na gofry… Mam nadzieję, że nie pozmieniało się tutaj zbyt wiele od mojej ostatniej wizyty i stary Henryk sprzedaje je jeszcze przy namiocie Miłobora…
Potakuję, starając się wyglądać na zainteresowaną i szybko przebiegam listę wzrokiem. Mundurki dostaniemy w szkole, po przydziale do Zakonów (jakby nie można było wszystkich ubrać tak samo, a przynależność do danego domu zaznaczyć tarczą z odpowiednim herbem!), moim głównym celem jest więc księgarnia, w której będę mogła kupić podręczniki. Ponad to muszę uzupełnić mój zapas atramentu i pergaminu oraz zaopatrzyć się w składniki niezbędne na lekcji eliksirów. 
Aby poszło nam sprawniej, rozdzielam się z tatą – ja idę do księgarni, obok której znajduje się stragan z artykułami papierniczymi, a tata obiecuje zakupić resztę niezbędnych mi rzeczy. Umawiamy się przy palenisku za pół godziny i rozchodzimy w swoje strony.
Mam dziwne wrażenie, że planuje dla mnie jakąś niespodziankę.
Wchodząc do niepozornego na pierwszy rzut oka namiotu, którego ściany mienią się migającymi literami, raz jeszcze przeglądam listę ponownie uświadamiając sobie, dlaczego tak bardzo nie podoba mi się nowa szkoła. 
W Polsce, po zakończeniu Elementarnej Szkoły Magii uczniowie podchodzą do egzaminów zwanych potocznie „wstydami” i na podstawie ich wyników w Wyższej Szkole Magii przydzielane im są fakultety zajęć dodatkowych. Mnie zostały one przydzielone na podstawie egzaminów po trzeciej klasie i tak wśród moich zajęć, obok obligatoryjnych przedmiotów takich jak Zaklęcia, Transmutacja, Opieka Nad Zwierzętami, Czarnoksięstwo (brr!) i Historia Magii, których nazwy, tak jak wspomniałam, były o wiele bardziej fantazyjne, znalazły się również Eliksiry i Zielarstwo, które były moimi ulubionymi przedmiotami w poprzedniej szkole. Postanowiłam także skorzystać z okazji i wziąć dodatkowe zajęcia z Zaklęć, bo to również była dziedzina, w której szło mi całkiem nieźle.
Szkoda, że w starej szkole sama mogłabym wybierać sobie zajęcia po egzaminach w piątej klasie. Ten tutejszy system był kompletnie bez sensu.
Zamyślona, dopiero po chwili rozglądam się po wnętrzu namiotu-księgarni i zapiera mi dech w piersiach. Wnętrze jest ogromne, wypełnione po wysoko umieszczony sufit księgami wszelkiego rodzaju, które trzymają się na półkach chyba tylko dzięki pomocy magii. Nie pozwalam sobie jednak na zbyt wiele zachwytów i ruszam do kasy, by sprzedawca pomógł mi skompletować podręczniki. Po drodze zauważam jeszcze książkę, którą polecał mi jeden z przyjaciół i postanawiam wziąć ją ze sobą do szkoły na osłodę początku roku szkolnego. Myślę, że rodzice nie będą mieli nic przeciwko.
Zakup podręczników przebiega pomyślnie, a ja przechodzę do sąsiedniego namiotu-straganu, który oferuje szeroki wybór artykułów piśmienniczych. Prócz zapasu pergaminu i atramentu zaopatruję się również w nowe, eleganckie łabędzie pióro oraz parę drobiazgów ułatwiających robienie notatek. 
Cena podana przez sprzedawcę sprawia, że nieco mnie zatyka, ale nie mam zamiaru rezygnować z zakupów. Płacę z nieco niezadowoloną miną i obracam się energicznie, przypadkowo na kogoś wpadając.


Wergilia

Z salonu dobiegają mnie przytłumione głosy mojego ojca i Doriana. Męskie sprawy, nieodpowiednie dla moich kobiecych uszu. Wzdycham i zerkam, z parapetu, przez okno mojego pokoju. Przed oczyma znowu mam zakrwawionego Doriana. 
Nikomu nie powiedziałam, jak dokładnie powaliłam wilkołaka. Kryję prawdę pod kobiecą wymówką, która brzmi: „nie pamiętam, co dokładnie się stało, mój kobiecy umysł nie wytrzymał tak silnych emocji, bla, bla, bla...”. Działa, nawet lepiej niż cokolwiek innego na tym świecie. 
Zerkam na rozłożoną na miękkim dywanie księgę do eliksirów na poziomie zaawansowanym. Zupełnie nie rozumiem dlaczego mój przyszły nauczyciel wybrał właśnie ten podręcznik. Pełno w nim błędów i nieścisłości. Ten leżący na moich kolanach jest dużo lepszy. Niestety nawet on nie jest idealny. Sięgam po pióro, zsuwam się z parapetu i kładę się na dywanie. Robię notatki drobnym pismem w podręczniku, który kupiłam na zajęcia. Kaligrafuję nienaganne, kobiece litery... mój ojciec zadbał o to, jak i o inne kobiece strony mojego wychowania. Umieszczam najważniejsze informacje na krawędziach księgi, której będę używać, chociaż znam je na pamięć. Wiem, które składniki lepiej gnieść, niż siekać; gdzie błędnie podano ilość użytej rośliny oraz czas ważenia eliksiru. Ojciec mawia, że tak się przykładam do eliksirów, bo moje zdolności magiczne nie są wcale imponujące, więc to jedyna umiejętność, w której mogę się wykazać. 
Stawiam ostatnie słowo, podnoszę się i przeciągam. Ułamek sekundy później słyszę dzwonek wzywający na obiad, chociaż powinnam to nazwać ucztą. Schodzę do ogromnej jadalni, w której za czasów pradziadka odbywały się wielkie uroczystości i siadam na wyznaczonym dla mnie miejscu… po kobiecej części stołu. Skrzaty domowe uwijają się szybko i dyskretnie, a Dorian i ojciec wymieniają jakieś tajemnicze spojrzenia. Staram się nie okazywać zainteresowania, wręcz udaję, że jestem zupełnie ślepym dziewczęciem i nie widzę, że coś knują. Powoli, bez zbędnego pośpiechu, zjadam obiad. Nie rozmawiamy, podobno to w złym guście, jak mawia ojciec. 
Myślami błądzę wokół szkoły. Nie mogę się już doczekać. W końcu będę daleko od krytycznych spojrzeń ojca i milczącej matki. Wiem też, że Dorian nigdy na mnie nie naskarży, więc będę mogła swobodnie być prawdziwą sobą. Może nawet uda mi się nawiązać jakieś ciekawe znajomości. W naszej Szkole Magii Elementarnej w Bodzentynie raczej nikt nie przypadł mi do gustu. Śmietanka towarzyska, elita polskich pradawnych rodów czystej krwi. Panienki z chochlikami kornwalijskimi w głowie i chłopcy tak narcystyczni, że na nic innego już nie pozostało im miejsca.
Posiłek dobiega końca, a ja z ulgą ruszam w kierunku schodów prowadzących na górę. Nie dane mi jednak rozkoszować się samotnością.
- Wergilio, nie uraczysz nas swoim towarzystwem? - pyta ojciec.
- Oczywiście – odpowiadam.
Zbaczam więc z drogi i zamiast na górę, kieruję się do salonu, gdzie skrzaty zdążyły już rozpalić ogień na wielkim, murowanym kominku.
Siadam na wąskiej, ciemnobordowej sofie i zawieszam wzrok na malowidle drzewa genealogicznego naszej rodziny. Taka fanaberia pradawnych rodów. Chyba wszystkie, które znam mają coś takiego w swoich posiadłościach. Z miejsca, w którym kiedyś widniał portret Miłobora, spogląda na mnie namalowany, błękitny Żarptak. Ten swojski odpowiednik Feniksa dawno wyginął, chociaż uznawany był za równie nieśmiertelnego co jego kuzyn. Przesuwam wzrok na moją podobiznę. Portrety zmieniają się wraz z osobami, które przedstawiają. Ten proces zanika w momencie śmierci, więc większość krewnych na podobiznach to siwowłosi staruszkowie.
Do salonu wsuwa się ojciec z Dorianem, siadają na fotelach obitych identycznym materiałem i zaczynają o czymś między sobą rozmawiać. Tak w mniemaniu mojego ojca wygląda zwykle moje dotrzymywanie mu towarzystwa. Jestem ładną ozdobą salonu. Sięgam więc po odłożoną na stolik obok sofy książkę i oddaję się jej lekturze. To prezent, który otrzymałam na ostatnie urodziny - "101 zaklęć i eliksirów dla panienek z pradawnych rodów". Fascynująca lektura, napisana bardzo przystępnym językiem, który każda głupia dziewczynka da radę zrozumieć. Ależ wysokie mniemanie ma o mnie ojciec. Zwłaszcza, że księga opiera się głównie na czarach i eliksirach upiększających. Problem w tym, że ja nie mam swojej urodzie nic do zarzucenia.
Całe to jakże urocze spędzanie rodzinnie czasu przerywa sowa, która wpada do naszej posiadłości i zostawia pocztę na stoliku. Zerkam dyskretnie i zauważam idealnie wykaligrafowane moje imię i nazwisko, a obok identyczny list dla Doriana. Przyszły oficjalne wyniki Wstydów. W.S.T.D. czyli Wstępne Standardowe Testy Doprecyzowujące, to egzaminy, które odbywają się po ukończeniu Szkoły Magii Elementarnej. Na podstawie ich wyników zostają przydzielone fakultety w kolejnej szkole. Zwykle wyniki znane są już następnego dnia, ale na oficjalne listy trzeba zwykle poczekać. 
Sięgam po swój i otwieram go nożykiem do listów. Wyjmuję ze środka pergamin, na którym widnieją same najwyższe oceny przy przedmiotach, z których podeszłam do egzaminu. Mogę więc spać spokojnie, wiedząc że Eliksiry, Zielarstwo, Wróżbiarstwo, Starożytne Runy oraz Obrona przed Czarną Magią, która od teraz będzie połączona z Czarnoksięstwem, będą moimi przedmiotami dodatkowymi. Oddaję list ojcu, który już stoi obok z niecierpliwością i obserwuję, jak się krzywi. Poza ostatnim przedmiotem, żaden inny, nie jest jego zdaniem wart uwagi. Oddaje mi list, nic nie mówiąc i skupia się na Dorianie, który wybrał bardziej praktyczne przedmioty. Wracam do czytania i proszę w myślach, aby ten tydzień już minął.


Sława

- Oj, przepraszam. - Osoba, którą właśnie staranowałam to niewysoki, nieco korpulentny chłopak w moim wieku o kasztanowych, nieco nawet rudawych włosach, piegowatym nosie i oczach o bliżej nieokreślonej barwie.
Jest w nich coś na tyle fascynującego, że wpatruje się w nie przez dłuższą chwilę, nim orientuję się, że tak chyba nie wypada.
- Och, to ja przepraszam, gapa ze mnie. - Kręcę głową, a po chwili wahania dodaję. - Jestem Sława. Sława Radost – przedstawiam się. Tata byłby dumny.
- Tomir Ciechosz. Nie jesteś stąd – zauważa. - Masz bardzo dziwny akcent.
- Urodziłam się w Londynie, przyjechałam kilka tygodni temu – odpowiadam, przygryzając wargę. - Pewnie będziemy chodzić razem do szkoły – zgaduję.
- Pewnie tak, ja idę teraz do pierwszej klasy w Orlim Grodzie. A ty?
- Obawiam się, że ja niestety też – wzdycham, zapominając o manierach. - Wybacz, wciąż jeszcze nie przyzwyczaiłam się do przeprowadzki.
- Wszystkie zmiany są trudne – zgadza się ostrożnie chłopiec, ale nie dodaje nic więcej. Najwyraźniej go uraziłam.
- Pójdę już, tata na mnie czeka – żegnam się po chwili niezręcznego milczenia i ruszam na poszukiwania.
Tata czeka na mnie w umówionym miejscu, upewniamy się, że wszystkie zakupy są już zrobione i ruszamy na drugi koniec targowiska, gdzie faktycznie są sprzedawane gofry. Niestety sklepik nie jest już obsługiwany przez znanego mojemu tacie właściciela.
- Dziadek zmarł w zeszłym roku, teraz ja zajmuję się kawiarnią – wyjaśnia nam wysoki chłopak, wnuk pana Henryka. Bierzemy gofry i siadamy przy jednym ze stolików.
Słońce grzeje przyjemnie, a ja delektuję się gofrem z bitą śmietaną i owocami, kiedy nagle tata porusza nieco niezręczny temat.
- Sławo, musimy porozmawiać – zagaja, otrzepując koszulę z okruszków. - Widzę, że jesteś niezadowolona z przeprowadzki. Zastanawiam się, co mógłbym zrobić, żeby choć trochę ułatwić ci tę sytuację.
- Powiedzieć, że wracamy do Londynu? - żartuję, choć nie obraziłabym się, gdyby tak było. - Tato, tutaj wszystko jest takie… - urywam, bo chciałam powiedzieć „okropne”, ale nie chcę go urazić.
- Inne – podpowiada tata. - Po prostu inne, kochanie. Wiem, że to dla ciebie kompletna nowość i ciężko się będzie przyzwyczaić, ale najbliższe pięć lat spędzimy tutaj. Przynajmniej, co potem, to się okaże. Już raz musieliśmy się przeprowadzać, pamiętasz?
- Owszem, ale zmieniliśmy tylko miasto, nie kraj, a poza tym miałam wtedy siedem lat – przypominam mu. - Tato, a co jeśli… nie znajdę tu żadnych przyjaciół? - wyrażam na głos swoje obawy. Przed oczami staje mi na moment Tomir, ale przecież na sto procent udało mi się już go do siebie zrazić.
W poprzedniej szkole miałam swoją grupkę znajomych, ale nie byli zbyt bliscy. Jednak byli. Nie utrzymywali ze mną kontaktu przez wakacje, poza jednym kolegą. Tutaj nie znałam nikogo, nie znałam dobrze obyczajów, byłam… intruzem.
Możliwe, że moja niechęć nie brała się ze złości, tylko ze... strachu?
- Poradzisz sobie, Sławo. Jesteś moją córką, a moje córki zawsze dają sobie radę. - Tata całuje mnie w skroń, a mnie robi się nieco lżej na duszy.
- Phi, jakbyś miał jeszcze jakieś inne. - Wywracam oczami. - Oczywiście, że dam sobie radę!
Żałuję, że nie mogę go mieć przy sobie w szkole. Tata zawsze był moim oparciem, nie wiem, co zrobię bez niego. Nie wiem, czy sobie poradzę z nową sytuacją. Przecież niektórzy będą się znać ze szkoły pierwszego stopnia, a ja nawet nie wiem, jak to funkcjonuje. Tylko w Polsce takie dziwactwa – wszystkie normalne kraje mają jedną szkołę magii. Francja ma Baxbauton, Skandynawia ma Durmstrang, Wielka Brytana ma Hogwart, a USA Salem. Ale Polska musiała wyłamać się ze schematu i podzielić edukację czarodziejów na dwa etapy: podstawowy i zaawansowany. W Hogwarcie szłabym właśnie do czwartej klasy. Tutaj znowu będę pierwszakiem.
- Być może okaże się, że w szkole znajdziesz jakąś znajomą twarz – oznajmia nagle tata z dziwną miną, gdy połykam ostatni kęs gofra. Był przepyszny! - Chodź, wracajmy do domu, mama na nas czeka.
W domu mają miejsce trzy rzeczy, które momentalnie poprawiają mi humor. Kiedy wchodzę do swojego pokoju, niemal zatyka mi dech. Podczas naszej nieobecności, mama dała z siebie wszystko i udekorowała całe pomieszczenie pamiątkami z Londynu i Hogwartu. Niebieskie zasłony i pościel z brązowymi elementami, które od razu przypomniały mi, że trzy lata temu Tiara Przydziału przydzieliła mnie do domu Roweny Ravenclaw. Nieważne, gdzie trafię teraz, w głębi serca już zawsze będę Krukonką. I choć więcej czasu spędzę w szkole, niż w moim nowym pokoju, wiem, że będę miała tutaj swój azyl, niezależnie od tego, jak pójdzie mi aklimatyzacja w nowym miejscu.
Drugą miłą rzeczą jest niewielki pakunek, który czeka na mnie przy moim talerzu, gdy siadamy z rodzicami do kolacji. Spoglądam zdezorientowana na tatę, a ten skinieniem zachęca mnie, bym otworzyła prezent. Rozwiązuję czarną wstążeczkę, zdejmuję wieczko pudełka i aż wzdycham z zachwytu. Srebrny wisiorek w kształcie zrywającej się do lotu czapli. Lubię te ptaki, są samotnikami, jak ja.
- Jest cudowny, dziękuję! - Całuję tatę w policzek i naprawdę przez chwilę zapominam, że nie jestem w Londynie.
A kiedy wieczorem kładę się do łóżka spać, przydarza mi się trzecia miła rzecz.
Na parapecie okiennym czeka na mnie sowa z kawałkiem pergaminu. Odczepiam go niecierpliwie, bo dobrze wiem, kto przysłał ten list. Na skrawku widnieje tylko kilka słów, ale to mi wystarcza.
S., to dopiero parę tygodni, a ja już za Tobą tęsknię. Jak sam poradzę sobie na eliksirach? Ściskam, T.
Serce zaczyna szybciej trzepotać mi w piersi. To jednocześnie cudowne jak i okropne uczucie, bo mimo iż list sprawił mi ogromną radość, to również przypomniał, dlaczego tak bardzo cierpię z powodu przeprowadzki. 

________
Witamy z powrotem. Powiedzcie szczerze - nie sądziliście, że coś tutaj się w ogóle pojawi, prawda?
No, jak tam wrażenia z naszego nowego (nie)fanficka?
Pozdrawiamy, 
S&S

piątek, 1 maja 2020

PROLOG

Wergilia 

Pada śnieg. Białe płatki lśnią w bladym świetle księżyca. Uwielbiam noce... zwłaszcza te rozświetlone przez okrągłą tarczę księżyca w pełni. 
Zimno mi w bose stopy. Nie potrafię poruszyć nawet małym palcem. Paraliżuje mnie strach. Obrzydliwa bestia, o lśniących ślepiach, pokryta futrem. Ostre pazury ociekają krwią. Jej czerwone krople skapują na biały śnieg. Wygląda to fascynująco... gdyby tylko nie była to krew mojego brata. 
Zaczyna mi dzwonić w uszach. Wykonuję ruch różdżką, nie używam słów, a mimo to ogromna siła uderza wilkołaka i posyła go poza pole mojego widzenia. Przysuwam się bliżej Doriana. Jego twarz znaczą dwie głębokie szramy, spod strzępów koszulki można zauważyć kolejne trzy rany. Brat patrzy na mnie szeroko otwartymi, bliźniaczoniebieskimi oczami. Ciemnobrązowe włosy są wystarczająco długie, aby przykleić się do ran na twarzy. Zaciska dłoń na moim nadgarstku. Jego skóra jest jasna, lśni w świetle księżyca. 
- Gili... - szepcze i traci przytomność.
Wtedy zaczynam krzyczeć.



Sława

- Masz wszystko, czego potrzebujesz, kochanie? 
- Tak. - Kiwam głową, biorę ojca za rękę i razem wchodzimy w zielony ogień. 
Mój żołądek skręca się w supełek, a zaraz za nim cała reszta mojego ciała. Potem odkręcam się w drugą stronę i z powrotem wracam do swojego ciała, uderzając jednocześnie nogami o ceglaną podłogę w nieznanym mi miejscu.
- Cieszek, wszystko w porządku? - Niepokoi się mama, która już na nas czeka.
- Tak, zakrztusiłem się tylko popiołem. - Tata odkasłuje i spogląda na mnie z uśmiechem. - I jak? Podoba ci się, Sławo?
Rozglądam się nieco niepewnie po pokoju, w którym się znajdujemy, części zapewne bardzo rozległej rezydencji. Wszystko jest tutaj inaczej, niż w Londynie. Powietrze jest inne, bardziej rześkie, mimo iż nadal jesteśmy w pomieszczeniu. Czuję, że jestem bardzo, bardzo daleko od domu.
Problem w tym, że teraz to jest mój nowy dom. 

__________
No i oto nasz prolog. Standardowo - proszę zgadywać, kto jest kto. Ciąg dalszy wkrótce nastąpi. Jeśli nie, pozwalamy rozdawać kopniaki w tyłki. 
Pozdrawiamy, 
S&S