Wergilia
Pada śnieg. Białe płatki lśnią w bladym świetle księżyca. Uwielbiam noce... zwłaszcza te rozświetlone przez okrągłą tarczę księżyca w pełni.
Zimno mi w bose stopy. Nie potrafię poruszyć nawet małym palcem. Paraliżuje mnie strach. Obrzydliwa bestia, o lśniących ślepiach, pokryta futrem. Ostre pazury ociekają krwią. Jej czerwone krople skapują na biały śnieg. Wygląda to fascynująco... gdyby tylko nie była to krew mojego brata.
Zaczyna mi dzwonić w uszach. Wykonuję ruch różdżką, nie używam słów, a mimo to ogromna siła uderza wilkołaka i posyła go poza pole mojego widzenia. Przysuwam się bliżej Doriana. Jego twarz znaczą dwie głębokie szramy, spod strzępów koszulki można zauważyć kolejne trzy rany. Brat patrzy na mnie szeroko otwartymi, bliźniaczoniebieskimi oczami. Ciemnobrązowe włosy są wystarczająco długie, aby przykleić się do ran na twarzy. Zaciska dłoń na moim nadgarstku. Jego skóra jest jasna, lśni w świetle księżyca.
- Gili... - szepcze i traci przytomność.
Wtedy zaczynam krzyczeć.
Sława
- Masz wszystko, czego potrzebujesz, kochanie?
- Tak. - Kiwam głową, biorę ojca za rękę i razem wchodzimy w zielony ogień.
Mój żołądek skręca się w supełek, a zaraz za nim cała reszta mojego ciała. Potem odkręcam się w drugą stronę i z powrotem wracam do swojego ciała, uderzając jednocześnie nogami o ceglaną podłogę w nieznanym mi miejscu.
- Cieszek, wszystko w porządku? - Niepokoi się mama, która już na nas czeka.
- Tak, zakrztusiłem się tylko popiołem. - Tata odkasłuje i spogląda na mnie z uśmiechem. - I jak? Podoba ci się, Sławo?
Rozglądam się nieco niepewnie po pokoju, w którym się znajdujemy, części zapewne bardzo rozległej rezydencji. Wszystko jest tutaj inaczej, niż w Londynie. Powietrze jest inne, bardziej rześkie, mimo iż nadal jesteśmy w pomieszczeniu. Czuję, że jestem bardzo, bardzo daleko od domu.
Problem w tym, że teraz to jest mój nowy dom.
__________
No i oto nasz prolog. Standardowo - proszę zgadywać, kto jest kto. Ciąg dalszy wkrótce nastąpi. Jeśli nie, pozwalamy rozdawać kopniaki w tyłki.
Pozdrawiamy,
S&S